środa, 8 kwietnia 2015

20. 'Księga przydatnych zaklęć, eliksirów i pomysłów na dowcipy'

Uwaga! Nastąpiła zmiana narracji na pierwszoosobową!

• oczami Lucasa •

- Wyjaśnienia, proszę.
  Ginny zabrała nam księgę.
  - Co to jest? - spytała.
  Harry wzruszył ramionami.
  - Książka.
  Ruda - której- nie - znałem przyjrzała się księdze krytycznie.
  - Na 'książkę' nie wygląda - uznała. - To jest księga. Skąd wy ją wzieliście?
  Wzruszyłem ramionami.
  - Jak to skąd? Z biblioteki.
  Nie lubiłem tej dziewczyny. Tak, wiem, 'pozory mylą', 'nie ocenia się książek po okładce' i tak dalej. Ale ta była, jak dla mnie, za bardzo podobna do mamy Harry'ego. A to nie było nic dobrego.
  Nie - określona - bliżej - ruda spojrzała na mnie zarozumiale.
  - Raczej nie poszliście do biblioteki, nie wiedząc czego szukacie.
  Miała rację.
  - Ginny, co to w ogóle za książka? - nowa - mama - Harry'ego odwróciła się do Ginny.
  Weasley spojrzała na okładkę.
  - 'Księga przydatnych zaklęć, eliksirów i pomysłów na dowcipy' - przeczytała, a następnie otworzyła ją na pierwszej stronie. - 'Napisane przez Rogacza, Łapę, Lunatyka i Glizdona (z bardzo małym udziałem tego ostatniego J.P, S.B. (nie chcę w tym uczestniczyć R.L. (nie rób kolejnych nawiasów J.P. (sam właśnie zrobiłeś trzeci R.L. (a ty czwarty J.P. (Och, czemu muszę grać rolę Eva... to znaczy tej, z którą chce się umówić Rogacza, ale raczej nigdy mu się tu nie uda? S.B (hej! Trochę wiary w przyjaciela! J.P ( Uspokójcie się! S.B.)))))))) dla nowych pokoleń szlachetnych łamaczy zasad. Cena: dokuczanie Smarkowi (wytłumacz, kim jest, bo nie wszyscy znają to przezwisko R.L (to co mam powiedzieć? Głupiego, tępego, tłustowłosego, idiotycznego Ślizgona o imieniu Smark? S.B. (Po prostu powiedz: Severus Snape. Starczy? R.L. (a kto to? J.P. (Och, cicho bądź Jam... R.L. (Miało być bez imion! J.P. (Przecież jak McGongall to znajdzie, i tak będzie wiedziała, kto to napisał R.L. (i dlatego pytałem, czy nie możemy pójść do Miodowego Królestwa, zamiast to pisać P.P. (Och, cicho bądź Glizdek! Lepiej przypomnij sobie ten eliksir co go użyliśmy w zeszłym tygodniu, bo zapomniałem składników! S.B.))))))), czyli Severusa Snape'a.'
  Jeszcze nim Ginny skończyła czytać, ja i Harry już dusiliśmy się ze śmiechu, natomiast obie dziewczyny wpatrywały się w księgę szeroko otwartymi oczami.
  - Kto to napisał? - wydusiła zszokowana Agnes.
  Odpowiedział jej tylko nasz nieprzerwany śmiech.
  - Och, jesteście strasznie dziecinni! - wykrzyknęła z irytowało Ginny. - Przestańcie się tak chichrać! Co wy, pięciolatki?! I co to w ogóle za książka?!
  To tylko jeszcze bardziej nas rozbawiło.
  - Wiesz, jak ich uciszyć? - jeknęła Agnes.
  - Jednego chyba tak - mruknęła Ginny. - Turner, jak natychmiast nie przestaniesz się śmiać, nie pójdę z tobą w następny weekend do Hogsmeade!
  Natychmiast umilkłem. Może i wstęp do księgi był zabawny, ale Hogsmeade ważniejsze!
  Harry śmiał się jeszcze bardziej niż przedtem.
  - Idę do Hogsmeade z Malfoy'em - powiedziała głośno ruda - już - nie - wiem - jak - ją - nazwać.
  Harry'emu przeszła ochota do śmiechu.
  - Z kim?!
  - Z Malfoy'em - powtórzyła spokojnie ruda.
  - Idziesz z Malfoy'em! - wykrzyknęła Ginny.
  - Jesteś Robertson, tak? - domyśliłem się.
  Już - określona - ruda odwróciła się do mnie i przytaknęła.
  - A co?
  - To wyjaśnia, dlaczego Malfoy mówił o tobie cały tydzień.
  Harry naburmuszył się.
  - A nie możesz odmówić? - spytał.
  - I co? - prychnęła Robertson. - Mam iść z tobą?
  - Dokładnie - zgodził się Harry.
  - Jesteś głupi.
  - Pójdziesz ze mną?
  - Idę z Malfoy'em, głuchy jesteś?
  - Rozmowy ze Ślizgonami najwyraźniej bardzo uniemilają ludzi - mruknąłem.
  Ginny prychnęła.
  - Mów o sobie, Turner.
  - Jestem Gryfonem! - zaprotestowałem.
  - Yhym. Ale byłeś Ślizgonem. Zresztą nie ma takiego słowa jak 'uniemilają'.
  - Przed chwilą powstało. To się nazywa słowotwórstwo.
  Nasze dormitorium zamieniło się w Miejsce Dwóch Kłótni. Harry i Robertson sprzeczali się, z kim kto idzie do Hogsmeade, a ja i Ginny kłóciliśmy się, czy jestem Ślizgonem, czy też nie.
Robertson: Idę z Malfoy'em!
Ginny: Jesteś Ślizgonem!
Ja: Nie jestem!
Harry: Nie idziesz!
Robertson: Idę!
Ginny: Jesteś!
Harry: Nie idziesz!
Ja: Nie jestem!
  Hmm... Bardzo zróżnicowana kłótnia, prawda?
  - Hej, ciszej trochę! - Ginny jako pierwsza uświadomiła sobie, jak głośno byliśmy.
  Zapadła cisza.
  - Przestańcie się kłócić! - do Ginny dołączyła Robertson.
  Prychnąłem. A co, ona to niby się wzorowo zachowywała?
  - Zachowujecie się gorzej niż przedszkolaki! Łamiecie szkolne zasady, a potem zachowujecie się tak głośno, że głuchy by was usłyszał!
  Otworzyłem usta, by powiedzieć coś o tym, że to ona zachowuje się obecnie najgłośniej, a głusi charakteryzują się tym, że nic nie słyszą, ale Ginny mnie uprzedziła.
  - Ukrywanie coś. Kim są J.P., S.B., R.L. i P.P.? Możemy zapytać McGongall, jak nie będziecie chcieli powiedzieć.
  - Nie zrobisz tego - powiedział powoli Harry, chociaż zdawał się dobrze wiedzieć, że to tylko płonne nadzieje.
  Ginny uniosła zarozumiale głowę.
  - Zrobię. Chodź, Agnes.
  Wyszły z dormitorium.
  Spojrzałem na Harry'ego.
  - Lepiej pójdźmy za nimi i dopilnujmy, by nie zrobiły niczego złego.
  Nie zaprotestował.

★•★•★•★•★

Nathaniela Turnera obudziło stukanie do okna. Usiadł na łóżku, przetarł zaspane oczy i spojrzał na duży zegar stojący w kącie pokoju. 0:43 Kto budzi człowieka o takiej porze?!
  Ponowne stukanie w okno. Nathaniel spojrzał w tamtym kierunku. Do domu dobijała się rudo - brązowa sowa. Czyżby z Hogwartu?
  Mężczyzna wstał z łóżka i otworzył okno. Wziął od sowy list i zerknął na pieczęć. Tak, z Hogwartu. Ciekawe, który z jego synów tym razem narozrabiał? Casper czy Lucas?
  Nathaniel otworzył kopertę i przeleciał wzrokiem przez tekst. W miarę czytania jego twarz robiła się coraz bardziej purpurowy ze złości.
  - Co się stało?
  Mężczyzna spojrzał na jeszcze półśpiącą żonę.
  - Lucas wyprosił u Dumbledore'a ponowne Sortowanie - wyjaśnił przez zaciśnięte zęby.
  - Słucham?!
  Kobieta usiadła na łóżku, już kompletnie rozbudzona.
  - Został przydzielony do Gryffindoru - dokończył Nathaniel, ledwo panując nad wściekłością. - Gryffindoru, rozumiesz, Beatrice?
  Usłyszeli pukanie do drzwi. Do środka weszła mała dziewczynka w długiej koszuli nocnej.
  - Mamo, obudziłaś mnie - oznajmiła z pretensją w głosie.
  - Przepraszam, kochanie - odparła Beatrice. - Nie chciałam cię obudzić, ale otrzymaliśmy list z Hogwartu.
  Dziewczynka podniosła duże, brązowe oczy na Nathaniela.
  - Dostałam się? Idę do Hogwartu, prawda, tato?
  Mężczyzna powoli pokręcił głową.
  - To nie dla ciebie - oznajmił chłodno. - To w sprawie Lucasa.
  Oczy dziewczynki rozszerzyły się z przerażenia.
  - Nie został wyrzucony, prawda? Nie został?
  - Gorzej - odparł krótko Nathaniel.
  Dziewczynka patrzyła to na swoją mamę, to na tatę.
  - Jak to: gorzej? Nic mu się nie stało, prawda?
  Beatrice westchnęła.
  - Poprosił o ponowne Sortowanie - wyjaśniła ponuro.
  - A to źle? - spytała zaskoczona dziewczynka.
  - To bardzo źle.
  Dziewczynka przechyliła głowę, próbując zrozumieć, co miała na myśli jej mama.
  - Przecież nic mu się nie stało ani nie został wyrzucony, a co jest złego w zmianie domu?
  - Gdyby tym domem był Hufflepuff, Ravenclaw lub Gryffindoru, nie miałbym nic przeciwko - wyjaśnił chłodno Nathaniel. - Natomiast skoro to był Slytherin...
  - To źle?
  Mężczyzna spojrzał wymownie na żonę, jakby to ją posądzając o braki w edukacji córki.
  - Slytherin jest najlepszym domem, do którego można trafić - Beatrice zignorowała spojrzenie męża. - Chęć bycia gdzie indziej świadczy o głupocie i braku odpowiedniej edukacji.
  Dziewczynka pokiwała głową.
  - Ale go nie wydziedziczycie, prawda? Prawda?

★•★•★•★•★
• oczami Ginny •


Miałam nadzieję, że gdy chce się naskarżyć McGongall na dwóch kolegów (tylko kolegów, Lucas nie jest... To, że zgodziłam się z nim pójść do Hogsmeade, nie czyni go moim... Och, nie było tematu!), nie dostaje się szlabanu za przebywanie poza dormitorium w nocy. Hmm... Po namyśle, to były głupie nadzieje. McGongall pewnie i tak by nam wstawiła szlaban. No, cóż...
  - Powiemy, tylko błagam, nie mówcie McGongall - jęknął Harry.
  Prychnęłam. Oni mogliby skłamać, a mnie coraz bardziej ciekawiło, co ukrywają.
  Doszliśmy do gabinetu wicedyrektorki. Agnes spojrzała na mnie wyczerpująco. Dlaczego zawsze muszę dostawać najgorszą robotę?
  Nabrałam głęboko powietrza i zapukałam.
  Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, a Lucas i Harry pozwolili sobie na westchnienie ulgi. Niestety dla nich, drzwi się otworzyły.
  McGongall, w różowym szlafroku, zmierzyła nas wzrokiem - mnie i Agnes stojące z przodu, trzymaną przeze mnie księgę oraz zawiedzionych Harry'ego i Lucasa.
  - Co wy tu robicie o tej porze?!
  Zerknęłam na Agnes. Nadal wpatrywała się we mnie w ten sam sposób. Dlaczego zawsze ja...?
  - Pani profesor - zaczęłam, - z Działu Zakazanego Harry i Lucas, hmm..., wypożyczyli bez pytania tę księgę - wręczyłam zaskoczonej McGongall 'Księgę przydatnych zaklęć, eliksirów i pomysłów na dowcipy', ignorując obrażony spojrzenia chłopców. - Chciałybyśmy, ja i Agnes, by panie powiedziała nam, kto ją napisał.
  McGongall nałożyła na nos okulary i przyjrzała się tytule księgi. Zmarszczyła brwi, po czym spojrzała na Harry'ego i Lucasa.
  - Skąd to wzieliście? - spytała podejrzliwie.
  - Z Działu Ksiąg Zakazanych - przyznał niechętnie Turner.
  - Jestem niemalże pewna, że w zbiorach naszej biblioteki nie ma książki o takim tytule. Nawet gdyby była, sądzę, że o wiele lepszym źródłem informacji byłaby pani Pince.
  - Niech pani spojrzy na pierwszą stronę - poradziłam.
  McGongall otworzyła księgę i przebiegła wzrokiem przez odręczną notatkę.
  - Wie pani, kto to napisał? - spytałam, przyglądając się wicedyrektorce z nadzieją.
  - J.P., S.B., R.L., P.P. ... - powtórzyła w zamyśleniu. - Muszę z kimś porozmawiać. Chodźcie ze mną.
  Wyminęła nas i ruszyła ciemnym korytarzem. Poszliśmy za nią, ja i Agnes zaciekawiony, Harry i Lucas naburmuszeni, Potter obwiniający mnie, Turner - Agnes.
  Zatrzymaliśmy się przed gabinetem profesora Lupin. Tylko co on miał do tego?
  McGongall zapukała. Usłyszeliśmy szukanie krzesła i po chwili w drzwiach stanął nauczyciel Obrony przed Czarną Magią. Lupin spojrzał na mnie i Agnes, potem na Harry'ego i Lucasa i w końcu na McGongall i trzymaną przez nią księgę.
  - Tak?
  McGongall wręczyła mu księgę.
  - Możesz mi to wyjaśnić? - spytała surowo.
  Nauczyciel zerknął na złocony tytuł na okładce, po czym podniósł wzrok na Pottera i Turnera.
  - Mogę wiedzieć, skąd wyście to wzięli?
  Chłopy spojrzeli po sobie niepewnie.
  - Um... Wypożyczyliśmy bezpowrotnie z biblioteki - przyznał Harry.
  - Remus, kto to napisał? - spytała McGongall.
  Lupin westchnął.
  - Czytała pani wstęp?
  - Czytałam.
  - Więc jednak miałem rację: i tak by się pani domyśliła.
  McGongall założyła ręce na piersiach.
  - Z kim to pisałeś?
  Nauczyciel uniósł brwi, zaskoczony.
  - Nie domyśliła się pani? Pisaliśmy to ja, James, Syriusz i Peter. Chociaż właściwie to głównie James i Syriusz.
  - Jaki James i Syriusz? - spytała zaskoczona Agnes, ale nikt jej nie odpowiedział.
  McGongall pufnęła z niezadowolenia.
  - Oddam ci więc tę książkę - zadecydowała. - Ale nie dawaj jej żadnemu uczniowi, zrozumiane?
  Wicedyrektorka wręczyła księgę Lupinowi i odeszła, nie czekając na jego reakcję. Nauczyciel upewnił się, że McGongall nas nie usłyszy ani nie zobaczy, po czym poinformował nie - wiadomo - kogo:
  - Już poszła.
  Zaczęłam się zastanawiać, do kogo kierował swoją wypowiedź, gdy drzwi gabinetu otworzyły się ponownie i wyjrzało zza nich dwóch mężczyzn. Obydwaj byli czarnowłosi, jednego skądś kojarzyłam, natomiast drugi wyglądał jak starsza, brązowooka wersja Harry'ego.
  - Co zrobiliśmy? - zainteresował się pierwszy z nich.
  Lupin bez słowa wręczył mu książkę.
  - O, skąd to masz? - spytał drugi mężczyzna.
  - Nie słyszałeś, James? - nauczyciel uniósł brwi. - Harry i Lucas wypożyczyli bez pytania z Działu Ksiąg Zakazanych, zdaje się, że bezpowrotnie.
  James wyszczerzył zęby.
  - Wy możecie to wziąć za darmo - zgodził się. - Zresztą Smarkowi już dokuczaliście, przynajmniej połowa was.
  - Um... - zawachała się Agnes. - Kim panowie są?
  Mężczyźni spojrzeli na nią.
  - To wy naskarżyłyście? - upewnił się jeszcze - nie - nazwany.
  - Tak - przyznałam.
  - Macie pecha - jeszcze - nie - nazwany zwrócił się z powrotem do Harry'ego i Lucasa. - My mamy tylko jedną Lily, a wy dwie.
  - Słyszałam to! - usłyszałam kobiecy głos dobiegający z gabinetu.
  - Nadal nie odpowiedzieli państwo na moje pytanie - zauważyła Agnes.
  - Tych 'państwo' możesz sobie darować - oznajmił James. - Jestem James Potter, a ten tutaj - wskazał na drugiego mężczyznę - to Syriusz Black. Bez komentarzy do tego ostatniego, proszę.
  - Oprócz tych chwalących moją oczywistą wspaniałość - zastrzegł się Syriusz.
  - To niemożliwe - wykrztusiłam.
  James rozłożył ręce.
  - Najwyraźniej możliwe. Może wejdziecie?

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

MINIATURKA 3 - lany poniedziałek w wykonaniu Huncwotów

Kwietniowe słońce powoli wznosiło się ponad horyzont, oświetlając ogromny zamek. Promienie odbijały się od tafli pobliskiego jeziora. Zielona trawa i gałęzie drzew szumiały poruszane przez delikatny wiaterek.
  Pojedynczy promień słońca przedostał się przez okno zamkowej wieży do zabałaganionego pokoju i trafił na twarz jednego z czterech śpiących lokatorów. Chłopak otworzył zaspane oczy i zasłonił się dłonią przed ostrym światłem wpadającym przez okno. Spojrzał na leżący przy łóżku budzik i sprawdził godzinę. 6:30. Jęknął. Była przerwa wielkanocna, a on wstawał o takiej porze! Przewrócił się na drugi bok i ukrył twarz w poduszce. Jeszcze trochę snu...
  Nagle chłopak zerwał się z łóżka. Przecież dzisiaj lany poniedziałek! Tyle się przygotowywali do tego dnia, a teraz mieliby zaspać? Nie lubił wczesnego wstawania, ale czasami było warto.
  Podszedł do sąsiedniego łóżka i potrzasnął kolegą. Śpiący chłopak jęknął i schował się pod kołdrą. Jednak w ten sposób nie zaznał spokoju.
  - Jeszcze trochę, mamo... - jęknął, gdy jego kolega ponowił próbę oburzenia go.
  - Wstawaj, James! - wykrzyknął drugi chłopak.
  Zaspany lokator usiadł na łóżku.
  - Syriusz, co znowu? - jęknął.
  Jego kolega wziął się pod boki i spojrzał na Jamesa z naganą.
  - Lany poniedziałek, idioto! - krzyknął.
  James zerwał się z łóżka, nałożył okulary i potargał już i tak potargane, czarne włosy. Potem spojrzał na zegarek i ponownie jęknął.
  - Lany poniedziałek lanym poniedziałkiem, ale wstawać o 6:30?!
  - Nie narzekaj, tylko obudź Remusa - poradził Syriusz i podszedł do kolejnego łóżka, skąd po chwili dobiegły jęki kolejnego chłopca.
  James westchnął i stanął przy śpiącym koledze. Potrzasnął nim i powiedział:
  - Remus, wstawaj.
  Chłopak podniósł się z łóżka i rozejrzał się wokół.
  - Od kiedy to ty i Syriusz urządzacie pobudkę? - spytał.
  - Od kiedy dzieje się coś ciekawego - odpowiedział Syriusz, nadal próbując dobudzić jęczącego kolegę.
  Remus westchnął.
  -  A który dzisiaj? - spytał.
  - Lany poniedziałek - odpowiedział James, podchodząc do kolegi.
  - Wiesz, jak go obudzić? - zastanowił się Syriusz.
  James przechylił głowę.
  - Peter, rozdają darmowe słodycze w Hogsmeade! - krzyknął.
  Ostatni śpiący chłopak usiadł gwałtownie na łóżku.
  - Co? Gdzie?
  Jego współlokatorzy wybuchnęli śmiechem.
  - Wstawaj, Peter - powiedział Remus, sięgając po ubranie i zmierzając w kierunku łazienki. - James i Syriusz nie dadzą ci spokoju, jeśli przez ciebie im się nie uda.
  Peter przetarł zaspane oczy i spojrzał na przyjaciół.
  - Już lany poniedziałek? - spytał.
  James i Syriusz przybyli sobie piątkę ponad łóżkiem.
☆★☆
Gdy czwórka przyjaciół pojawiła się na śniadaniu punktualnie o siódmej, zostali obdarzeni podejrzliwym spojrzeniem ze strony profesor McGongall. W końcu James Potter, Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Pettigrew nie byli znani ze wczesnego wstawania, wręcz przeciwnie - często spóźniali się na lekcję, zwłaszcza James i Syriusz. Dlatego McGongall uznała, że lepiej uważać, czy nic przypadkiem nie planują, bo w nagłe cuda nie wierzyła.
  Przyjaciele usiedli przy prawie pustym stole Gryffindoru i, pochyleni ku sobie, zaczęli zawazięcie o czymś dyskutować. Gdy James, żywo gestykulując, wskazał na stół Slytherinu, McGongall postanowiła sprawdzić, o czym rozmawiają. Wstała od stołu nauczycielskiego i podeszła do czwórki Gryfonów.
  - Ale to nie zadziała! - krzyknął Syriusz.
  - Trochę ciszej, albo ktoś... - zaczął James, ale Remus trącił go w ramię.
  Potter odwrócił się, by zobaczyć surową twarz profesor McGongall.
  - Dzień dobry, pani profesor! - wykrzyknął.
  Syriusz odwrócił się gwałtownie, a Peter zaksztusił się szarlotką.
  - Mogłabym wiedzieć, o czym rozmawiacie? - spytała podejrzliwie McGongall.
  - Aa, to nic ważnego! - powiedział James. - My tylko...
  - Po prostu zastanawiamy się, jak odrobić pracę domową! - przyszedł mu z pomocą Syriusz.
  - Ach, tak? - McGongall uniosła brwi. - A co ma nie zadziałać?
  Syriusz mruknął pod nosem coś, za co nauczycielka mogłaby mu spokojnie wstawić szlaban i zrobić kilkugodzinny wykład na temat kultury języka, ale postanowiła udać, że nic nie usłyszała.
  - Zastanawialiśmy się od kogo ją przepisać - wpadł nagle na pomysł James.
  - Aha - McGongall zerknęła na Remusa, który był bardzo dobrym uczniem i pewnie miał już wszystko odrobinę.
  - No bo to jest z Wróżbiarstwa, a Remus nie chodzi na te zajęcia - wyjaśnił Syriusz.
  McGongall pokiwała głową.
  - Więc od kogo planujecie odpisać? - spytała, oczekując, że nie znajdą na to odpowiedzi.
  - Od Evans - wypalił Syriusz.
  - Och - McGongall skinęła głową i odeszła. Nawet jeśli Gryfoni coś planowali, nie miała ochoty ich teraz pouczać. Zresztą ta historyjka brzmiała całkiem prawdopodobnie.
  Gdy tylko nauczycielka odeszła na tyle daleko, że nie mogła już ich usłyszeć, James pochylił się do Syriusza i syknął:
  - A co ma do tego Lily?
  - Nic nie ma - powiedział Black. - No ale co miałem powiedzieć?
  Remus odetchnął z ulgą.
  - Było blisko.
  Peter wrócił do jedzenia.
  - Nasztepnym rażem nie rożmawajcze o szakich szpawach pszy jedżenu - powiedział z pełnymi ustami.
  - Będziemy pamiętać - mruknął Syriusz. - Następnym razem po prostu nie pójdziemy na śniadanie.
  Peter wytrzeszczył oczy i zaczął napychać się jedzeniem.
☆★☆
Gryfoni wyszli z Wielkiej Sali na korytarz, a następnie opuścili zamek i skierowali się nad jezioro, po drodze zawieszając w powietrzu przezroczyste bańki wypełnione wodą, które oblewały przypadkowych uczniów.
  Przyjaciele doszli nad jezioro.
  - Jak to zrobić, żeby McGongall nas nie złapała? - zastanowił się Syriusz.
  Remus westchnął. Tym tylko rozrabianie i dowcipy w głowie.
  - Muszę to robić? - spytał.
  James i Syriusz wymienili spojrzenia.
  - Tak - powiedzieli.
  Lupin jęknął. Po co się wogóle ich pytał? Natychmiast odpowiedział sobie na to pytanie: nie chciał wiedzieć, co oni mogliby zrobić, gdyby na nich naskarżył. Zresztą byli przyjaciółmi. Jedynymi, jakich miał.
  - Ale zostaniesz zwolniony za rok - obiecał James.
  - Wolałbym teraz - mruknął Remus, ale nikt go nie słuchał.
  - Propozycja jest taka - powiedział Syriusz, a następnie szeptem wyjaśnił im swój plan.
  Gdy skończył, Lupin pokręcił głową:
  - Nie podoba mi się to.
  Syriusz klepnął go w ramię.
  - Zostaniesz wynagrodzony - obiecał.
  - Odrobisz za nas pracę domową - dodał James.
  - To nie jest wynagrodzenie - zauważył Remus.
  - Możesz nas ostrzec, kiedy zobaczysz McGongall albo innego nauczyciela - zaproponował Syriusz - a Peter może ci pomóc.
  Widząc, że Pettigrew chce się wycofać, dodał zachęcająco:
  - Potem możemy pójść do Miodowego Królestwa.
  Peter dał się przekonać i czwórka Gryfonów rozpoczęła wykonywanie planu.
☆★☆
Severus wiedział, że coś się stanie. I że to 'coś' będzie włączało Huncwotów.
  Skąd to wiedział? Może dlatego, że ostatnio byli trochę za spokojni? Może dlatego, że spędzali większość wolnego (i nie wolnego) czasu na przyciszonych rozmowach? Nie był pewien. Ale wiedział, że coś się stanie.
  Tego dnia zgromadzili się w szóstkę: on, Lucius Malfoy, Rudolf Lestrage oraz Narciza, Bellatrix i Regulus Black - najlepsi śmierciożercy.
  - Słyszeliście? - Bellatrix zaklęciem rozbiła butelkę atramentu uczącego się w pobliżu ucznia. - Sprzymierzeńcy Czarnego Pana zabili kolejną szlamę z Ministerstwa.
  - Niedługo wszystkie wyginą - zapowiedział Lucius.
  Severus nienawidził, gdy rozmowa przybierała taki kierunek. Zwykle kończyło się na tym, że śmierciożercy krytykowali Lily i jego przyjaźń z nią. A tego chciał uniknąć.
  - Na przykład ta Evans - kontynuował Malfoy. - Idiotyczna szlama. Nie wiem, co inni mogą w niej widzieć - to mówiąc, zerknął z pogardą na Severusa.
  Znowu.
  - Zostaw go - mruknął Regulus. - Uczepiłeś się tej głupiej Evans i Severusa. Nie możesz choć raz dać sobie spokój?
  Lucius prychnął, ale nic nie powiedział.
  Severus zastanawiał się, jak podziękować młodemu Blackowi, gdy podłoga zaczęła się trząść.
☆★☆
Remus i Peter stali tam, gdzie ustawił ich Syriusz i wypatrywali nadchodzących nauczycieli. Na szczęście profesorowie najwyraźniej postanowili zostać w Hogwarcie, a profesor McGongall uwierzyła ich kłamstwom - nie, poprawka: kłamstwom Jamesa i Syriusza. Remus w tym nie uczestniczył.
  - Co wy tu robicie?
  Lunatyk i Glizdon odwrócili się w kierunku, z którego dobiegł głos.
  Lily Evans.
  - Cześć, Lily - przywitał się Remus, modląc się, by nie zauważyła braku Jamesa i Syriusza.
  Zauważyła.
  - Co wy robicie bez Blacka i tego idioty Pottera? - spytała podejrzliwie.
  - Stoimy na straży - wypalił Peter, nim Lunatyk zdążył go powstrzymać.
  - Ach, tak? - Lily uniosła w górę brwi.
  - James i Syriusz planują...
  Remus kopnął go w kostkę.
  - Zabiją nas, gdy komuś powiemy - wyjaśnił. - Albo dokładniej: Syriusz zabije, bo James pewnie nie będzie miał nic przeciwko.
  Lily założyła ręce na piersiach.
  - Rozumiem, że musicie ich informować o wszystkich osobach, jakie tu zobaczycie? - upewniła się.
  Remus przytaknął.
  - To powiedz przy okazji Potterowi, żeby się ode mnie odczepił.
  Lunatyk westchnął.
  - Hej, chłopaki! - krzyknął w stronę jeziora. - Mamy gościa!
  - Jakiego?! - odkrzyknął Syriusz.
  - Zgadnij: mam przekazać Jamesowi, żeby się od tej osoby odczepił.
  - Lily? - Remus usłyszał zaciekawiony głos Jamesa.
  - A skąd wiedziałeś? - spytał Lunatyk.
  - A tak trudno zgadnąć? - mruknęła Lily.
  - Do Evans: James pyta, czy pójdzie z nim do Hogsmeade - krzyknął Syriusz.
  Lily wywróciła oczami.
  - Naprawdę, temu jedno 'nie' nie wystarczy? - mruknęła. - Pytał się mnie wczoraj - zwróciła się do Remusa: - Powiedz mu, żeby się odwalił i że nigdy się z nim nie umówię. A, i spytaj, kiedy przestanie się mnie o to pytać.
  Remus przekazał informację do Jamesa i Syriusza.
  - Kiedy James się podda? - powtórzył Łapa. - Gdy Smark wymyje włosy!
  - Idiota - warknęła Lily.
  - Kiedy się zgodzi - poprawił Syriusza Rogacz.
  - Czyli nigdy - zgodził się Łapa. - Czyli gdy Smark wymyje sobie włosy.
  Lily wywróciła ponownie oczami.
  - Nie chce mi się z wami rozmawiać - stwierdziła. - Nie powiem McGongall, ale i tak mam nadzieję, że was przyłapie.
  Po czym odwróciła się i odeszła, odprowadzana tęsknym spojrzeniem Petera.
☆★☆
- Zostań, James, nie musisz wszędzie za nią łazić - mruknął Syriusz, powstrzymując kolegę od pobiegnięcia za Evans.
  Powinni zrobić jakieś lekarstwa przeciw-Evansowe. Jamesowi by się przydały. Peterowi zresztą chyba też. No i jeszcze Smarkowi.
  - Dobra - mruknął James, spoglądając z powrotem na jezioro. - Gotowy?
  Syriusz przytaknął. Wyciągnęli różdżki i wymierzyli nimi w taflę wody.
  - Gotowy.
  Jednocześnie wypowiedzieli zaklęcie.
  Przez chwilę nic się nie działo. A potem woda zabulgotała i powoli wynurzył się z niej wielki pokój.
  - Tak!
  Syriusz i James przybili sobie piątkę.
  Wspólnie otworzyli dach pokoju i wyrzucili z niego znajdujących się w środku Ślizgonów, po czym rozkazali Pokoju Wspólnemu Slytherinu wrócić na swoje miejsce pod jeziorem.
  - Miłego lanego poniedziałku! - wykrzyknął James.
  Dwójka Huncwotów wybuchnęła śmiechem.
  - Pożałujecie tego! - wrzasnął Snape, wynurzając głowę z wody.
  - Ciekawe jak! - odkrzyknął Syriusz.
  James przechylił głowę. Łapa spojrzał na niego.
  - Myślisz o tym samym, co ja? - spytał, a na jego twarzy powoli pojawił się szeroki uśmiech, gdy domyślał się zamiarów przyjaciela.
  - Jeśli ty myślisz o tym, co ja - odparł James. - Więc co powiesz na...
  - ... małą zabawę dla Delli? - dokończył Syriusz.
  James wyszczerzył zęby.
  - Więc tak, myślę o tym samym, co ty.
  - DELLA! - krzyknęli odbywaj.
  Jezioro ponownie zabulgotało i wynurzyła się z niego ogromna kałamarnica. Ślizgoni zaczęli szybko płynąć w kierunku brzegu, jakby uczestniczyli i wielkich zawodach pływackich o nazwie 'Uciekając przed Kałamarnicą Dellą'.
  - Malfoy chyba nie umie pływać - zauważył James.
  Lucius Malfoy, jeden z najbardziej chamskich Ślizgonów i chłopak kuzynki Syriusza, ledwo utrzymywał głowę ponad taflą wody.
  - Hej, Della! - krzyknął Łapa. - Weź tamtego blondyna i donieś go na brzeg!
  Kałamarnica ryknęła, ochlapując wszystko wokoło wodą i chwyciła przerażonego Malfoy'a, po czym wyrzuciła go na brzeg. Ślizgon odbiegł, przewrócił się, zawrócił, pomógł wejść na brzeg Narcizie Black i znowu uciekł, tym razem ze swoją dziewczyną.
  Huncwoci wybuchnęli śmiechem.
  Syriusz poczuł, jak James go trąca. Odwrócił się i zobaczył czerwone iskry wydobywające się z miejsca, gdzie ustawił Remusa i Petera.
  - Jak można mieć aż takiego pecha?! - jęknął, gdy podeszła do nich mokra i wściekła McGongall, prowadząc Lunatyka i Glizdona.
☆★☆
- CO WY SOBIE MYŚLELIŚCIE!!! - krzyknęła wściekła McGongall. - ONI MOGLI ZGINĄĆ!!!
  James rozłożył ręce.
  - Nie wiedzieliśmy, że Malfoy nie umie pływać, zresztą poprosiliśmy Dellę, by go odniosła do brzegu.
  McGongall była czerwona ze złości.
  - Macie szlaban!!! - wykrzyknęła. - Wymyjecie damską łazienkę!!! Zrozumiane?! Natychmiast!
  - Nie zrozumiane? - zasugerował Syriusz, bardziej by sprawdzić, jak nauczycielka zareaguje niż z powodu własnej niewiedzy.
  - Macie W-Y-CZ-Y-Ś-C-I-Ć D-A-M-S-K-Ą Ł-A-Z-I-E-N-K-Ę - przeliterowała McGongall. - N-A-T-Y-CH-M-I-A-S-T. Zrozumiałeś?!
  - Chyba tak.
  - A co, jeśli nie wyczyścimy? - spytał James.
  - Zostaniecie wyrzuceni - odparła McGongall.
  - CO?!
  - Do roboty! - McGongall odwróciła się i odeszła.
  James pokręcił z niedowierzaniem głową.
  - Teraz już naprawdę przesadziła.
  - Yhym - przytaknął Syriusz. - Ale pracować niestety musimy.
  Peter spojrzał na niego urażony.
  - Obiecałeś, że pójdziemy do Miodowego Królestwa.
  - I pójdziemy - obiecał Łapa. - Ale najpierw czeka nas ciężka praca. W końcu trzeba sobie zapracować na chleb.
  - Chyba słodycze - poprawił go Rogacz.
  Podszedł do nich kulejący Filch.
  - Za mną! - wychrypiał.
  Huncwoci spojrzeli po sobie i ruszyli za szkolnym woźnym.
☆★☆
Syriusz rozejrzał się po damskiej łazience i pokręcił głową.
  - A ja zawsze myślałem, że dziewczyny utrzymują porządek.
  - Nie gadać, tylko pracować - warknął Filch. - Oddajcie różdżki.
  Huncwoci niechętnie wręczyli woźnemu swoje różdżki, a w zamian otrzymali mopy i kubły z wodą.
  - Wspaniała zamiana - mruknął James.
  Łazienka wyglądała, jakby nikt nigdy nie wpadł na pomysł, by ją posprzątać. Woda wylała się na podłogę, a pleśń pokrywała ściany.
- Ciekawe, czy ktoś z tej łazienki w ogóle korzysta - mruknął Syriusz, siadając na jednej z czystszych toalet.
  - Raczej nie - uznał Remus. - Lily mówiła, że...
  James skrzywił się.
  - Jak ty to robisz, że ona z tobą rozmawia?
  Lunatyk wzruszył ramionami.
  - Po prostu nie jestem taki dziecinny jak ty.
  - No, wiesz co!
  - Zejdź stąd!
  Huncwoci rozejrzeli się po łazience, próbując określić, skąd dobiegł głos.
  - To właśnie mówiła Lily - powiedział powoli Remus. - Że łazienka jest nawiedzona.
  Prychnięcie.
  - Um, Syriusz... - zaczął James - to chyba jest pod tobą.
  Łapa natychmiast zerwał się z toalety i podszedł do przyjaciół.
  - Dobra - powiedział. - Ktoś mi powie, co tam jest?
  Toaleta eksplodowała, opryskując stojącego najbliżej Petera brudną wodą.
  - Nie co, tylko kto! - wykrzyknęła piskliwym głosem zjawa, która wyłoniła się z toalety. Była to młoda dziewczyna z dwoma kucykami i w okularach. - Jestem Marta.
  Syriusz zdusił śmiech, a zjawa spojrzała na niego urażona.
  - Nie śmiej się - pisnęła, podlatując w górę.
  Huncwoci wymienili spojrzenia. Ten szlaban robił się coraz gorszy...
  - Um, Marto... - zaczął James. - Mamy tutaj szlaban...
  Zjawa spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
  - Mogę wam pomóc, jeśli chcecie - powiedziała, machając zalotnie rzęsami.
  Syriusz kaszlnął, co brzmiało podejrzanie jak nieudana próba ukrycia śmiechu. James spojrzał na niego ze złością, po czym odwrócił się z powrotem do Marty.
  - Jasne, że chcemy - powiedział z uśmiechem. - Możesz za nas wymyć tę łazienkę?
  Marta pokiwała energicznie głową.
  - Usiądźcie - poprosiła. - Ja tu posprzątam..
  Huncwoci usadowili się wygodnie na czystszych toaletach, a Marta zajęła się sprzątaniem.
  - To najfajniejszy szlaban, jaki kiedykolwiek dała nam McGongall - uznał James.
  - Kiedy pójdziemy do Miodowego Królestwa? - spytał Peter.
  Syriusz wywrócił oczami.
  - Nie nudź - mruknął.
  Remus westchnął.
  - Mam jeszcze jeden esej do napisania...
  Syriusz zasłonił sobie uszy dłońmi.
  - Nie o nauce, błagam! - jęknął. - Są ferie! Możemy zamiast tego porozmawiać na przykład o... Jak sądzicie, można brać ślub z duchem?
  James spojrzał na niego groźnie.
  - Kogo masz na myśli? - spytał podejrzliwie.
  Łapa uśmiechnął się bezczelnie.
  - Na przykład o... tobie i Marcie?
  Rogacz zerwał się na równe nogi.
  - Syriusz... - syknął ostrzegawczo przez zaciśnięte zęby.
  - No bo wydaje mi się, że ona... - ciągnął dalej Łapa, jakby nie dosłyszał kolegi.
  James rzucił się na Syriusza. Po chwili tarzali się po brudnej podłodze.
  Remus westchnął.
  - I oni oburzają się, gdy mówię, że są dziecinni.

wtorek, 31 marca 2015

19. Nowi Huncwoci

Kristin mieszał zupę łyżką. Nie zauważył, że już dawno wystygła. Nie zwracał uwagi na otoczenie, pogrążył się w rozmyślaniach.
  Po pierwsze, Raylïe. Nic dla niego nie znaczyła. Nawet nie byli przyjaciółmi. Po prostu - znajomi z klasy. Więc dlaczego nie chciał jej zamykać? Dlaczego chciał ją puścić wolno, nawet jeśli wiedział, że to zniweczy ich plany? Dlaczego tak trudno było z nią przebywać, a jednocześnie tak bardzo tego pragnął? Dlaczego? Co to oznaczało?
  Po drugie: Potter i Turner. Oni byli o wiele większym problemem. Znali prawdę. Albo raczej część prawdy. Na razie nie udało im się nikogo przekonać, ale przypomnieli sobie. Znali przeciwzaklęcie. Bellatrix Lestrage podejrzewała, że Lupin uczył Pottera zaawansowanych zaklęć. Tego nauczyciela też mógłby usunąć, wraz z tamtą dwójką. Za dużo wiedzieli, za dużo umieli. Byli przeszkodą na drodze do celu. A to było jedno z zadań Kristina: usuwać tych, którzy przeszkadzają. Będzie musiał coś wymyślić. I to szybko, zanim tamci zdążą coś zrobić.
  - Ta zupa już ci wystygła.
  Kristin odwrócił się. Potter i Turner? A ci to czego chcą?
  Dwaj Gryfoni usiedli obok niego i stracili zainteresowanie chłopakiem. Turner nałożył sobie podwójną porcję puddingu, na co Potter roześmiał się i zwrócił mu uwagę, że obiadu nie zaczyna się od deseru. Turner wzruszył ramionami i powiedział, że jest głodny i ma prawo do jedzenia, czego chce, a następnie dodał, żeby Potter zainteresował się własnym talerzem. Święte słowa... Życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby Potter zajmował się swoimi sprawami i nie wtrącał się do innych.
  Nagle Turner rozejrzał się po stole Gryffindoru.
  - Gdzie jest Raylïe? - spytał.
  Kristin udał, że bardzo interesuje go jego zimna zupa. Tak naprawdę była okropna, ale trudno.
  - Czemu pytasz? - Potter nawet nie zainteresował się tym problemem. I całe szczęście.
  - Wcześnie wyszła ze śniadania - zauważył Turner - i nie ma jej teraz na obiedzie.
  Potter przełknął łyżkę zupy i zerknął na kolegę.
  - Może źle się poczuła? - zasugerował, nakładając sobie kolejną porcję.
  Turner spojrzał na niego.
  - Nie interesuje cię to?
  Potter wzruszył ramionami.
  - Przecież nic jej się poważnego nie stało. To jest Hogwart. Ludzie tu nagle nie umierają... - Potter urwał, uświadamiając sobie nagle, że uczniowie w ostatnim czasie umierają na terenie szkoły. - Cofam ostatnie zdanie.
  Turner westchnął.
  - Teraz cię to interesuje? - upewnił się.
  Potter odłożył sztućce.
  - Yhym. Wiesz, kto ostatni ją widział, i kiedy?
  Turner wywrócił oczami.
  - Co, może jeszcze cały stół zapytasz?
  Potter wzruszył ponownie ramionami.
  - A czemu nie? - wstał i krzyknął głośniej: - Hej, ludzie, głównie ci z trzeciej klasy Gryffindoru! Kto ostatni, i kiedy widział osobniczkę o imieniu Raylïe Jerks?
  Rozmowy przy stole ucichły.
  - Czemu pytasz? - zdziwił się Ron Weasley.
  - Ten osobnik tutaj - Potter wskazał na Turnera - twierdzi, że wyszła wcześniej ze śniadania i nie ma jej na obiedzie. Jako że, jak wszystkim tu obecnym wiadomo, na terenie szkoły znajduje się niebezpieczna Bellatrix Lestrage, obawiamy się o zdrowie Raylïe Jerks.
  - Um... - zawachał się Weasley. - Od kiedy to jesteś taki oficjalny?
  Potter machnął niedbale ręką.
  - Od nigdy, ale teraz na koszt śledztwa, muszę...
  - ... błaznować? - dokończył za niego Turner. - Tak, właśnie widzę.
  - Hej!
  Brown i Patil wymieniły niepewne spojrzenia.
  - My ją widziałyśmy - przyznała Patil. - Na śniadaniu. Wyszła, gdy zaczęłyśmy rozmawiać. Powiedziała, że ma do napisania esej na Obronę. Ale nie było jej w dormitorium, ani w bibliotece, sprawdzałyśmy.
  Kristin nie uczestniczył w rozmowie. Bał się, że Potter i Turner się domyślą. I co wtedy? Jerks pewnie i tak nie znajdą. Umrze tam z głodu... I znowu. Kristin nie chciał, by się dowiedzieli, co zrobił, bo bał się, że Jerks coś się stanie. Co się z nim działo?
  Finnigan przypatrywał się trzecioklasiśtom z szeroko otwartymi z przerażenia oczami.
  - Ale... - zawachał się. - Jesteście pewni? Stuprocentowo pewni?
  Potter i Turner wymienili spojrzenia.
  - No...
  - Wyszła na błonia - przyznał Thomas. - Widziałem ją.
  Kristin spojrzał na niego z ukrywanym niepokojem. Dean nie widział, jak wychodził. Prawda?
  Turner przechylił w zamyśleniu głowę.
  - Była sama? - upewnił się.
  Thomas przytaknął.
  Finnigan zerwał się z ławki i podbiegł do stołu nauczycielskiego. Tłumaczył coś szybko Dumbledore'owi. Dyrektor przysłuchiwał się jego tłumaczeniom, po czym coś odpowiedział i wstał.
  Kristin nie czekał, co się stanie. Niezauważony przez nikogo, odpuścił Wielką Salę i skierował się do dormitorium.
☆★☆
Lucas oparł się o balustradę balkonu. Niecałe pięć minut temu, on, Harry i reszta Gryfonów wrócili z rozmowy z Dumbledore'm.
  - Jak sądzisz, co się z nią stało? - spytał, odwracając się do kolegi.
  Harry podniósł wzrok znad eliksiru, który przyrządzał, od kiedy wrócili.
  - Jedno słowo: Kristin - powiedział i wrócił do przerwanej roboty.
  No tak. Kristin. Co ten chłopak w ogóle planował? I dlaczego akurat teraz?
  - Bo Lestrage uciekła z Azkabanu - mruknął Harry.
  Lucas skrzywił się.
  - Muszę poprosić profesora Lupina, żeby nauczył mnie Okulumencji - nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. - Możesz to wykorzystać na Sorey'u? Tą Legilimencję?
  Harry pokręcił przecząco głową.
  - Próbowałem - przyznał. - Zna Okulumencję, a ja nie potrafię Legilimencji na tyle dobrze, by dowiedzieć się, o czym myśli.
  Lucas westchnął. Zerknął na eliksir, który chłopak przygotowywał.
  - Co ty w ogóle robisz? - spytał.
  Harry wyszczerzył do niego zęby.
  - Coś, co z pewnością nie spodoba się Malfoy'owi.
  Ciekawe.
  - Czyli dokładniej co?
  - Ten Eliksir Gołębi? Robię nieco ulepszoną wersję. Będzie jeszcze Eliksir Flamingów, Eliksir Kaczek, Eliksir... no, nie wiem...
  - Pelikanów? - zasugerował Lucas.
  Harry przechylił z zamyśleniu głowę.
  - O ile uda mi się włamać do... - zerknął na Lucasa, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział.
  Lucas uśmiechnął się. Dokuczanie Malfoy'owi? Może być zabawnie.
  - Mogę pomóc, jeśli chcesz - zaproponował.
  Harry odetchnął z ulgą.
  - Co powiesz na drugich Huncwotów?
  Lucas wyszczerzył zęby.
  - Jeśli masz na myśli coś w rodzaju twojego taty i Syriusza, bardzo chętnie.
  Przybili sobie piątkę i parsknęli śmiechem.
  - Musimy tylko zmienić nazwę - uprzytomniał sobie Harry.
  - 'Drudzy Huncwoci' nie brzmi tak fajnie, zresztą jest jeszcze McGongall - zgodził się Lucas.
  - To co powiesz na... - Potter pochylił się do kolegi i wyszeptał proponowaną nazwę.
  Lucas uśmiechnął się szeroko.
  - Świetny pomysł.
  Harry podszedł do swojego kufra i wyciągnął z niego starą pelerynę.
  - Misja: wypożyczenie bez pozwolenia książki z Działu Ksiąg Zakazanych - oznajmił oficjalnym tonem. - Czas: noc 6 września. Miejsce: biblioteka szkolna. Uczestnicy: Harry Potter i Lucas Turner.
☆★☆
Agnes spacerowała po zamku. Nudziło jej się tutaj. Harry zdawał się o niej zapomnieć, a Draco był obecnie ze swoimi Ślizgońskimi przyjaciółmi, którzy nie byli ani odrobinę tak mili jak on. Dziewczyna spędzała więc większość wolnego czasu na zwiedzaniu Hogwartu, poznając każdy jego zakątek.
  Tego dnia postanowiła odwiedzić bibliotekę. Tam przynajmniej było co robić.
  Weszła do wielkiej sali, dużej, ale mniejszej niż ta w Beuxaboutons. Na środku był ustawiony duży stół, a ściany były niewidoczne, całkowicie zasłonięte przez półki z książkami. Agnes podeszła do działu z książkami o Transmutacji, którą się pasjonująca.
  Spotkała tam rudowłosą dziewczynę, pochylali co się nad książką. Gdy podeszła do niej, podniosła wzrok. Była to siostra Rona. Dziewczyna udała, że nie dostrzegła Agnes i wróciła do czytane książki.
  Agnes westchnęła. Dziewczyna wyglądała na całkiem miłą. Mogłyby zostać przyjaciółkami, gdyby nie Harry Potter - chłopiec, który je pokłócił. Ale czy on naprawdę był tego wart?
  Usiadła obok siostry Rona.
  - Cześć - przywitała się.
  Dziewczyna ją zignorowała. Zresztą czego mogła się spodziewać? Obydwie kochały tego samego chłopaka, obydwie były zazdrosne. Chociaż Agnes właściwie już prawie wcale.
  Co ona w ogóle sobie myślała? Jak porozmawiać z tą dziewczyną?
  - Nie rozmawiałam z Harry'm od dłuższego czasu - wypaliła, nie wiedząc nawet dlaczego.
  Siostra Rona odłożyła książkę i spojrzała na Agnes.
  - Jestem Ginny - przedstawiła się - i właściwie to masz rację: to nie twoja wina, że Harry cię lubi.
  - Agnes - Agnes uśmiechnęła się. - Zresztą ja go powoli przestaje lubić.
  - Ja chyba też - przyznała Ginny.
  Przez chwilę siedziały w milczeniu. Ginny wróciła do czytania książki.
  - Nie rozumiem tej Transmutacji - westchnęła, zamykając książkę.
  - Naprawdę? - zdziwiła się Agnes. - Ja ją uwielbiam.
  - Wytłymaczysz mi? - poprosiła Ginny.
  - Jasne!
  Dziewczyny spędziły kolejny kwadrans na nauce Transmutacji. Zaprzyjaźniły się i razem śmiały z dowcipów koleżanek.
  - Macie tu Dział Ksiąg Zakazanych? - spytała po jakimś czasie Agnes. - Tam mają zazwyczaj najciekawsze książki.
  Ginny przytaknęła.
  - Ale żaden nauczyciel cię nie wpuści.
  Agnes uśmiechnęła się.
  - Nie będę ich pytać o zgodę. W Beuxaboutons włamywa... chodziłam do Działu Ksiąg Zakazanych co tydzień i żaden nauczyciel o tym nie wiedział. I, um, lepiej żeby nadal żaden nie wiedział.
  Ginny uśmiechnęła się szeroko.
  - Idę z tobą. Dzisiaj w nocy?
  Agnes przytaknęła.
  - Dzisiaj w nocy. Spotkamy się w Pokoju Wspólnym, gdzieś koło dwunastej.
☆★☆
Raylïe rozejrzała się po więzieniu. Było to ciemno, jedynym źródłem światła było małe okienko. Znajdowała się zresztą w Zakazanym Lesie, a tam zawsze panował mrok. Ale tam przynajmniej coś dało się zobaczyć. Tutaj nie.
  Ray próbowała uwolnić ręce z więzów. Gruby sznur wbijał jej się w skórę. Dziewczyna była pewna, że ma krew na nadgarsktach.
  Po co w ogóle za nim poszła? Dlaczego weszła do Zakazanego Lasu? Mogła zawrócić, nic by się jej nie stało. A tak? Została zamknięta w więzieniu w środku Zakazanego Lasu. Nie wiedziała, gdzie jest. Nie wiedziała, czy ktoś jeszcze tutaj przyjdzie, a jeśli przyjdzie, to czy ona jeszcze będzie żyła.
  Dlaczego nie zawróciła? Może dlatego, że ufała Kristinowi. Był jej kolegą z klasy i nie wierzyła, że mógłby zrobić coś złego. Zwłaszcza nie tak złego. Musiała się o tym przekonać w dość bolesny sposób.
  Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka trochę światła. Nim oczy Ray przyzwyczaiły się do niego, drzwi z powrotem się zamknęły.
  Dziewczyna poczuła, jak ktoś rozcina jej więzy. Poruszyła nadgarstkami. Tak, miała rację. Były zakrwawione.
  - Pij - warknął ktoś, podając jej kubek z zimną wodą.
  Ray usłuchała. Była zbyt spragniona, by się przeciwstawić.
  To nie był głos Kristina. Więc chłopak nie działał sam. Był z nim ktoś jeszcze. Może przyszła do niej ta osoba, która Kristin odwiedzał w Zakazanym Lesie? Nie, Ray kojarzyła skądś ten głos, więc osoba pochodziła z Hogwartu. Ile jeszcze ich było? Co najmniej troje. Może więcej. Ale co oni chcą zrobić? I dlaczego... dlaczego Kristin jest... śmierciożercą?
  Woda dodała jej trochę sił. Zaczęła zastanawiać się, jak stąd wyjść. Ręce miała wolne, tamta osoba pewnie wzięła ze sobą różdżkę. Teoretycznie, mogłaby ją zabrać i jakoś zmusić ją, by powiedziała, gdzie się znajduje. A potem może udałoby jej się wrócić do Hogwartu, o ile nie wpadnie na resztę śmierciożerców... Teoretycznie. W praktyce ten plan miał znikome szanse na powodzenie.
  - Jedz - Ray poczuła, jak ktoś daje jej kawałek bułki.
  Ugryzła. Świeża. A gdzie w okolicy można dostać bułki? Hogsmeade lub Hogwart. Kradzież od razu wykluczyła. Przecież żaden śmierciożerca nie ryzykowałby złapania tylko dla niej. Była zaskoczona, że w ogóle utrzymują ją przy życiu, a kradzież, by ją nakarmić... To byłoby naprawdę głupie.
  Ta osoba musiała więc być z Hogwartu. Chyba że to Kristin... Dlaczego wszystko jest takie skomplikowane?
Ray poczuła, jak ktoś z powrotem związuje jej nadgarstki. Syknęła z bólu. Bolało jeszcze bardziej niż za pierwszym razem.
  - Cicho - warknęła tamta osoba.
  Ray tym razem zwróciła większą uwagę na jej głos. Wywnioskowała, że to musi być dziewczyna. Zorientowała się, że śmierciożerczyni chce wyjść, spytała w ciemność:
  - Kim jesteście?
  Odpowiedziało jej tylko trzaśnięcie drzwiami.
☆★☆
- Gotowy? - spytał Harry, gdy zegar wybił północ.
  Lucas przytaknął. Schowali się pod peleryną - niewidką i wyszli z dormitorium.
  W Pokoju Wspólnym prawie wpadli na Agnes i Ginny.
  - A te co tutaj robią? - szepnął zaskoczony Lucas.
  - Nie mam pojęcia - odparł cicho Harry. - Ale lepiej, żeby nas nie zauważyły.
  Przeszli przez dziurę za portretem, mając nadzieję, że dziewczyny nie spostrzegły otwierających się drzwi. Skierowali się do biblioteki.
  Mieli szczęście. Nie wpadli na nikogo. Doszli do tajnego przejścia, które prowadziło do biblioteki i otworzyli je zaklęciem. Ściągnęli pelerynę - niewidkę i ruszyli korytarzem.
  Wyszli w Dziale Ksiąg Zakazanych.
  - Wiesz, czego szukasz? - spytał szeptem Lucas.
  Harry przytaknął. Przeszli się między rzędami półek, aż znaleźli dużą księgę oprawioną w brązową okładkę. Nie wyglądała jakoś specjalnie.
  - Nikt z niej nie korzystał - zauważył Lucas.
  - Od dwudziestu lat nikt - zgodził się Harry.
  Lucas otworzył szeroko oczy.
  - Nie mów, że...
  Harry zdmuchnął kurz z okładki. Ich oczom ukazał się napis:
KSIĘGA UŻYTECZNYCH ZAKLĘĆ, ELIKSIRÓW I POMYSŁÓW NA DOWCIPY
  - Kto to napisał? - spytał zaskoczony Lucas.
  Harry wyszczerzył do niego zęby.
  - Nie domyślasz się?
  - Um...
  Harry wywrócił oczami.
  - Tata, Syriusz i profesor Lupin zanim został profesorem.
  - Chyba byli bardzo zajęci - mruknął Lucas, przyglądając się grubej księdze.
  Harry roześmiał się.
  - Z pewnością - zgodził się.
  Nagle usłyszeli jakiś huk. Chłopcy wymienili zaskoczone spojrzenia i schowali się pod pelerynę - niewidkę.
  W samą porę. Zza półek wyłoniły się dwie dziewczyny.
  - Musiałaś tak hałasować? - syknęła Agnes. - Ktoś nas usłyszy.
  - Mam nadzieję, że Filch jest po drugiej stronie zamku - mruknęła Ginny.
  Chłopcy spojrzeli na siebie. Agnes i Ginny? Harry wyciągnął z kieszeni Mapę Huncwotów i rozłożył ją.
  - Filch was nie usłyszy, ale Pani Norris owszem - powiedział głośno Gryfon.
  Dziewczyny spojrzały z zaskoczeniem na miejsce, gdzie stali chłopcy.
  - Kto tam jest? - spytała niepewnie Agnes.
  - Jak to kto? - Harry zmarszczył brwi.
  Lucas wywrócił oczami.
  - Jesteś pod peleryną - niewidką - przypomniał koledze.
  - A! Faktycznie!
  Chłopcy wyszli spod peleryny-niewidki.
  - Co wy tu robicie? - spytała podejrzliwie Ginny.
  - Cześć Harry i ktoś-kogo-nie-znam - przywitała się Agnes.
  - Ktoś-kogo-nie-Znam? - powtórzył bezgłośnie Lucas.
  Harry spojrzał na trzymaną książkę.
  - Uzupełniamy braki w wiedzy - wyjaśnił.
  - Czego, jeśli można wiedzieć? - Agnes zrobiła typowo Lily-Potterową minę.
  Chłopcy wymienili spojrzenia.
  - Um... Nieważne. A co wy tutaj robicie? - zmienił szybko temat.
  - Szukamy ciekawych książek o Transmutacji - wyjaśniła Ginny. - Nie wierzę wam.
  Chłopcy westchnęli. I jak to wytłumaczyć dziewczynom?
  - Szukamy materiałów na dowcipy - przyznał w końcu Harry. - Zadowolone?
  Agnes pokiwała głową, jakby dokładnie tego się spodziewała. Przez chwilę naradzały się z Ginny, po czym oznajmiła:
  - Dołączamy do was.
  - Co?! - chłopcy wytrzeszczyli na nie oczy.
  - Żadnego 'ale' - ucięła Ginny. - Macie już to, po co przyszliście?
  - Tak, ale... - próbował zaprotestować Lucas.
  - Idziemy do waszego dormitorium - zadecydowała Agnes - i tam tłumaczycie nam, o co chodzi z tą peleryną - niewidką i skąd wiedzieliście, gdzie jest Filch, a gdzie Pani Norris.
  - A potem  możemy zająć się dowcipami - dokończyła Ginny. - Razem.
  Chłopcy spojrzeli po sobie. Tak po prostu?
  - Albo powiemy, że tu byliście - zagroziła Agnes.
  Harry westchnął.
  - Niech wam będzie.
  Dziewczyny przybiły sobie piątkę.
  - To wracamy? - upewniła się Ginny.
  Chłopcy odwrócili się w kierunku ukrytych drzwi.
  - Tak - zgodził się Lucas. - Chyba, że... Co powiecie na pozostawienie po sobie małego śladu?
  - Zależy jakiego - zgodziła się Ginny.
  Lucas szeptem wyjaśnił pozostałym jego plan.
☆★☆
Argus Filch przechadzał się po korytarzach Hogwartu, pilnując, by żaden uczeń nie chodził po zamku po ciszy nocnej. Głupi uczniowie! Tylko dodają mu pracy, której i tak ma już wystarczająco wiele.
  Za sobą usłyszał ciche miauknięcie. Odwrócił się i spytał:
  - Co się stało, Pani Norris? Znowu jacyś uczniowie?
  Konica pokiwała głową.
  - Gdzie?
  Przeklinając pod nosem, Argus ruszył za Panią Norris. Zaprowadziła go do biblioteki.
  - Ktoś w Dziale Ksiąg Zakazanych? - upewnił się i ruszył w tamtym kierunku.
  Nie zobaczył żadnych uczniów. Przecież nie wyparowali!
  Ale jednak. Nie było po nich żadnego śladu. Chyba, że... Nie sprawdził jeszcze jednego działu.
  Ruszył w tamtym kierunku. Zadowolony, usłyszał jakieś szepty. Przyspieszył, jednak gdy tylko doszedł na miejsce, znieruchomiał.
  Na ścianie biblioteki sam malował się koślawy napis:

TU BYLIŚMY:
VETERATORIS*


-----

*Veteratoris - (łacina) psotnicy

niedziela, 29 marca 2015

18. Zlecenie Czarnego Pana

Raylïe próbowała się wyrwać z uścisku Kristina, ale chłopak jej nie puszczał.
  - Co ty tu robisz? - syknął ponownie.
  Spróbowała coś powiedzieć, ale jego dłoń na jej ustach jej to uniemożliwiła.
  - Tylko nie krzycz - ostrzegł, zabierając dłoń z jej ust i celując w nią swoją różdżką.
  -Zobaczyłam, jak wychodzisz z zamku - wyjaśniła cicho Ray. - Poszłam za tobą.
  Kristin pociągnął ją mocniej za włosy, aż krzyknęła.
  - Cicho bądź! - wysyczał.
  Zabrał jej różdżkę i popchnął ją na ziemię.
  - I co ja teraz z tobą zrobię? - zastanowił się głośno. - Nie puszczę cię przecież, żebyś naskarżyła Dumbledore'owi.
  Ray odwróciła się do niego. Nie rozumiała jego zachowania. Co się zmieniło? A może on zawsze taki był?
  - Chyba będę musiał cię gdzieś zamknąć. Tylko gdzie?
  Kristin potarł w zamyśleniu brodę, przypatrując jej się uważnie.
  - Zorientują się, że mnie nie ma - wyszeptała Ray.
  Chłopak roześmiał się szyderczo.
  - Nawet jeśli, nigdy nie skojarzą tego ze mną. Użyteczne zaklęcie.
  Ray myślała szybko. Może jeśli uda jej się go na dłużej zatrzymać, ktoś zorientuje się, że jej nie ma i ty przyjdzie. Albo ona sama wpadnie na jakiś dobry pomysł.
  - Dlaczego tu przyszedłeś? - spytała.
  Przejrzał ją na wylot.
  - Grasz na czas? To się nie uda. Nikt nie przyjdzie. Zresztą ja się na to nie nabiorę.
  Chwycił ją za ramię i pociągnął w górę.
  - Już wiem, gdzie cię odstawić.
  Wyczarował chustkę i związał ją Ray na oczach, by nie widziała, gdzie ją prowadzi. Najpierw obrócił ją kilka razy, tak, że kompletnie straciła orientację, gdzie co jest. Później popchnął ją i chwycił, gdy potknęła się o wystający z ziemi korzeń.
  - Patrz, jak chodzisz - syknął.
  Chciała powiedzieć, że nie może patrzeć, ale zrezygnowała.
  Kristin prowadził ją przez Zakazany Las, co chwila zmieniając kierunek marszu, więc Raylïe nie wiedziała, gdzie idą. Szli tak może kwadrans, jednak dla dziewczyny trwało to wiele godzin. W końcu Kristin brutalnie ją zatrzymał i zerwał jej chustkę z oczu.
  - To tutaj.
  Stała przed małym, półpokojowym domkiem. Z początku wydało jej się, że łatwo stąd ucieknie, i jej nadzieje gwałtownie wzrosły. Ale to zanim zobaczyła niemal całkowity brak okien, nie włączając małego, kwadratowego okienka, solidność ścian i metalowe drzwi.
  - To jest więzienie, używane przez śmierciożerców kilkanaście lat temu - wyjaśnił Kristin.
  - Śmierciożerców? - wydukała Ray.
  Chłopak pociągnął rękaw koszuli. Oczom dziewczyny ukazał się wypalony na jego ramieniu czarny znak czaszki z wystającym z niej wężem. Mroczny Znak.
  Kristin chwycił ją za ramię i pociągnął w kierunku więzienia. Otworzył drzwi małym kluczykiem i wepchnął ją do środka. Ray upadła na ziemię, a chłopak pociągnął ją w górę i wyczarował sznurek, którym związał jej nadgarstki.
  - Rozgość się.
  Kristin wyszedł i trzasnął drzwiami. Po chwili Ray usłyszała chrobot klucza w zamku.
  Została sama.
☆★☆
Kristin z początku planował odwiedzić Bellatrix Lestrage, ale teraz wrócił prosto do Hogwartu. Ledwo wszedł do zamku, wpadł na Katherine.
  - Co ty tu robisz, mały? - spytała.
  - Nie mów na mnie 'mały'! - zaprotestował Kristin, znowu przybierając swoją hogwarcką maskę, widząc obok siostry jakiegoś nieznajomego chłopaka.
  - Jesteś mały - upierała się Kath.
  - Sama jesteś.
  - Jestem starsza!
  - O rok.
  - Ale jednak.
  Nieznajomy najwyraźniej poczuł, że zaraz się pokłócą z użyciem różdżek.
  - Hej, przestańcie.
  Kath prychnęła.
  - A co ty masz do tego, Williams?
  Kristin zamrugał. Williams? Ten od tych śmierciożerców?
  - Co planujecie? - wypalił Williams.
  Wie?! Ale skąd?!
  - A co wiesz? - spytał Kristin.
  - Spotkałeś się kilka razy z Bellatrix Lestrage w Zakazanym Lesie. Następnym razem uważaj, czy nikt cię nie widzi.
  Miał rację, ale Kristin nie miał zamiaru się do tego przyznać. Niestety, zapomniał o siostrze.
  - Ktoś cię zobaczył? - spytała z niepokojem.
  - Aurelie Watson - Kristin wyliczał na palcach. - Twój chłopak Williams...
  - To nie jest mój chłopak!
  Williams, dla swojego własnego bezpieczeństwa, nie skomentskomentował tego.
  - ... no i jeszcze Jerks - dokończył Kristin, jakby nie dosłyszał Kath.
  - Kto?!
  - Nie tak głośno, Kath.
  - Nie mów na mnie 'Kath'!
  - Hej, spokojnie! - wykrzyknął Williams, próbując zapobiec ich kłótni.
  Kath prychnęła i założyła ręce na piersiach.
  - Co z nią zrobiłeś? - spytał Williams, odwracając się do Kristina.
  Chłopak wzruszył ramionami. Dla niego było to oczywiste.
  - Zamknąłem w więzieniu śmierciożer...
  W tym momencie zorientował się, że nie wie nawet, czy Williams stoi po ich stronie. Spojrzał na kolegę Kath ostrożnie, żeby wybadać, czy jest śmierciożercą, jak oni, czy też stoi po stronie Dumbledore'a.
  - Śmierciożerców? - zgadł Williams. - Nie martw się, jestem po waszej stronie.
  Kristin przytaknął.
  - Jesteś Krukonka? - upewnił się.
  Williams przytaknął.
  - Pomożesz Kath - polecił Kristin, ale szybko poprawił się, widząc wściekłą minę siostry: - ... erine. Wyjaśni ci, co robimy.
  - Kto cię mianował dowódcą? - spytał Williams. - Lestrage?
  Kristin pokręcił przecząco głową.
  - Nie. Nie Lestrage.
  - Więc kto? Bo przecież nie ty sam.
  Kristin pochylił się do niego i wyszeptał:
  - Czarny Pan.
  Po czym odwrócił się i odszedł, pozostawiając osłupiałego Williamsa i całe tłumaczenie Kath.
☆★☆
Koło południa, po wielu próbach przekonania innych o prawdziwości ich historii o Sorey'u i nieskończonej ilości prób przekonania Lucasa do prawdziwości słów Harry'ego i Lupina, dwaj Gryfoni skierowali się do gabinetu nauczyciela Obrony przed Czarną Magią. Usłyszeli czyiś śmiech, a następnie jakieś krzyki.
  - Co tam się dzieje? - spytał zaskoczony Lucas.
  Harry westchnął.
  - Będę musiał im powiedzieć, żeby tak nie hałasowali, bo ich słychać pod drzwiami.
  Lucas wywrócił oczami. Nadal nie wierzył w tę historyjkę Harry'ego i Lupina. No bo kto słyszał, żeby przywracano martwych do życia?
  - No nie wiem... - Harry przechylił głowę w zamyśleniu. - Może ja? No i... czytałeś Biblię? Tam też piszą o zmartwychwstaniu.
  Lucasowi zajęło chwilę, by zrozumieć, co on mówi.
  - Ej, skąd znasz moje myśli?!
  Harry wzruszył ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
  - Wczoraj zgłosiłem się na lekcje Okulumencji, a Lupin nauczył mnie jeszcze przy okazji Legilimencji, czyli czytania w myślach.
  Lucas wpatrywał się w kolegę z otwartymi ustami. Zdążył już przywyknąć do niektórych talentów Harry'ego (takich jak pomysłowe eliksiry, cała masa zaklęć, znajomość tajnych korytarzy w Hogwarcie i tym podobne), ale Okulumencja i Legilimencja?! To była naprawdę zaawansowana magia.
  Harry zapukał do drzwi. Usłyszeli szuranie krzesła, a następnie jakieś zaklęcie. Lucas niepewnie otworzył drzwi i obydwaj zajrzeli do środka.
  - Cześć, Harry.
  Lucas nie wierzył w to, co widzi. Oprócz profesora Lupina, w gabinecie znajdowało się jeszcze dwoje mężczyzn i młoda kobieta.
  Jeden z mężczyzn wyglądał jak starsza wersja Harry'ego. Takie same potargane, czarne włosy, nawet takie same okulary. Różnili się chyba tylko oczami - Harry'ego były zielone, a mężczyzny brązowe. Lucas nie miał problemów z odgadnięciem, kim był. James Potter.
  Obok niego siedział czarnowłosy mężczyzna z łobuzerskim uśmiechem na twarzy. Jego błyszczące rozbawieniem oczy były szaro - granatowe. Lucas nie wierzył, że to prawda, ale spodziewał się, że jest to Syriusz Black - nawet jeśli nie przypominał zupełnie tego uciekniera z Azkabanu, którego zdjęcie umieszczano w 'Proroku Codziennym'.
  Nieco dalej stała rudowłosa kobieta z zielonymi oczami - identycznymi jak te Harry'ego. Lily Potter. Wyglądała, jakby przed chwilą kłóciła się o coś z Jamesem Potterem i Syriuszem Blackiem. Ręce założyła na piersiach i przypatrywała się im z przechyloną głową.
  Profesor Lupin natomiast sprawiał wrażenie rozluźnionego, niemalże znudzonego, jakby codziennie przychodziły do jego gabinetu dwie osoby, które umarły dwanaście lat temu i ucieknier z Azkabanu, który te osoby zamordował. Lucas miał wrażenie, że Lily i James Potterowie często się kłócili.
  - Cześć! - przywitał się wesoło Harry, wchodząc do środka.
  Syriusz Black wychylił się, by spojrzeć na Lucasa.
  - O, Turner! Pozdrów od nas tatę!
  Lily Potter wywróciła oczami.
  - Nie sądzę, żeby akurat Nathaniel Turner powinien wiedzieć - zauważyła.
  James Potter zmarszczył brwi.
  - Racja - przyznał. - Chyba rzeczywiście mu się to nie spodoba.
  - A szkoda - westchnął Syriusz Black. - Przygotowaliśmy dla niego specjalny prezent.
  - Zostanie dla Smarka - zadecydował James Potter.
  Harry odwrócił się do Lucasa.
  - Wchodź, nie stój tak w drzwiach.
  Lucas wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi. Nadal nie za bardzo wierzył w to, co widzi. Chociaż nie, to złe określenie. Był po prostu lekko zszokowany.
  - A, tak jakbyś się jeszcze nie zorientował - zreflektował się Syriusz Black. - Jestem najprzystojniejszy, najfajniejszy i najwspanialszy Syriusz Black. I jeszcze jedno: nie wierz we wszystko, co mówią o mnie inni niż ja, zwłaszcza 'Prorok Codzienny', Lily i Smark.
  - Smark? - nie zrozumiał Lucas.
  Syriusz machnął niedbale ręką.
  - A, to ten idiota Snape - odwrócił się do Jamesa Pottera. - Teraz ty się przedstawiasz.
  - To ja jestem... najlepszy, najzabawniejszy i najprzystojniejszy...
  - Ej, ja jestem 'najprzystojniejszy'! - zaprotestował Black.
  James Potter prychnął.
  - Ej, Lily, który przystojniejszy?
  Mama Harry'ego wywróciła oczami.
  - Pytasz się jeszcze?
  Syriusz rozpromienił się.
  - Widzisz! Jestem od ciebie o wiele przystojniejszy, i lepszy, i fajniejszy, i...
  Harry dostał ataku kaszlu.
  - Um... Chyba nie o to chodziło - wtrącił się niepewnie Lucas.
  James wyszczerzył zęby w uśmiechu.
  - Ha! Czyli jednak ja!
  Lily ponownie wywróciła oczami.
  - Normalnie jak dzieci - mruknęła.
  Mężczyźni zignorowali ją.
  - Nieprawda, bo ja! - wykrzyknął Syriusz.
  - O mnie mówiła Lily! - zaprotestował James.
  - Bo jej się pytałeś!
  - Inną zapytaj, jeśli chcesz!
  - Proszę bardzo, mogę dowolną z czasów naszej nauki w Hogwarcie!
  - Tylko dlatego, że ja ze wszystkimi nie flirtowałem...
  - Ja też nie ze wszystkimi!
  Kaszel Harry'emu zaczął podejrzanie przypominać śmiech.
  - To z większością!
  - Niepraw... Och, nieważne. Odbiegasz od tematu!
  - Zapytaj... Czy ja wiem?
  - Jęczącą Martę?
  - Spadaj!
  - No co? Zabujała się w tobie!
  Harry nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Lily wstała i podeszła do półki z książkami stojącej w kącie gabinetu, i zaczęła czytać jakąś książkę. Profesor Lupin wyciągnął z szuflady jakieś papiery, najprawdopodobniej eseje uczniów, i zaczął je sprawdzać. Lucas miał wrażenie, że są do tego przyzwyczajeni i ta kłótnia jest dla nich nudna. Albo po prostu byli na to zbyt dojrzali.
  - Och, spadaj!
  - No właśnie! Poddajesz się!
  - Wcale nie!
  - Ach, tak?
  - Spytaj... jedną ze swoich kuzynek!
  - Co ty? Zabiją mnie, nim w ogóle coś powiem!
  - Dlatego to sugeruję!
  Obydwaj mężczyźni Wyciągnęli różdżki. Harry trzymał się biurka, by się nie przewrócić do śmiechu, nawet Lucas chichotał. Profesor Lupin zatkał sobie uszy rękoma, chociaż Lucas wątpił, by to mogło pomóc. Natomiast Lily zatrzasnęła trzymaną książkę i stanęła pomiędzy Jamesem i Syriuszem.
  - Dość tego! - krzyknęła. - Zachowujecie się jak małe dzieci. Ktoś was za chwilę usłyszy!
  - Rzuciłem Zaklęcie Wyciszające na drzwi - mruknął Harry.
  - No właśnie! Już nawet trzynastolatek jest od was mądrzejszy! - zgodziła się Lily.
  - Bo ten trzynastolatek ma ciebie za matkę? - zasugerował James.
  - Och, cicho bądź!
  Profesor Lupin wzniósł oczy do nieba.
  - Kiedy oni dorosną? - jęknął, bardziej do siebie, jako że rodzice Harry'ego i Syriusz byli zajęci kłótnią, a Harry i Lucas dusili się ze śmiechu.
☆★☆
Katherine i Kevin szli korytarzami Hogwartu w kierunku Pokoju Wspólnego Ravenclawu.
  - Możesz mi wyjaśnić, co planujecie? - spytał po raz setny Kevin.
  Katherine nie odpowiedziała. Tak jak wcześniej.
  Kevin westchnął. Krukonka była ładna, mądra, ale strasznie zarozumiała i niedostępna. Ale to tylko sprawiało, że podobała mu się jeszcze bardziej.
  - Kath... erine, nie mogę wam pomóc, skoro nawet nie wiem, co robicie - zauważył.
  Katherine gwałtownie się zatrzymała i rozejrzała wokół. Gdy upewniła się, że nikogo nie ma na korytarzu, wyszeptała:
  - Obiecaj, że nikomu nie powiesz.
  - Obiecuję, ale co...?
  - Musimy znaleźć diadem Roweny Ravenclaw - przerwała mu Krukonka.
  Kevin spojrzał na nią z zaskoczeniem. Czarny Pan zlecił im znalezienie jakiegoś nieużytecznego, starego diademu? Po co?
  - To jest Horkruks - wyjaśniła szeptem Katherine, jakby czytając jego myśli. - Fragment duszy Czarnego Pana. Musimy go znaleźć.
  - Po co?
  Katherine pochyliła się ku niemu.
  - By Czarny Pan powrócił - wyszeptała mu do ucha.

sobota, 28 marca 2015

17. Co planują Sorey'owie?

Rozdział znowu krótszy niż kilka poprzednich, ale już naprawdę nie mam pomysłu, co tu jeszcze zmieścić, a chciałabym zakończyć sceną z Ray i Kristinem... Trudno, postaram się następne rozdziały pisać już dłuższe - tak na 2500 słów co najmniej. Teraz już nie będę nic wciskała na siłę.
Nie przedłużając: oto nowy rozdział!

------

Następnego dnia Lucas obudził się, czując, że o czymś zapomniał. O czymś ważnym. Coś wydarzyło się poprzedniego dnia. Coś z... śmierciożercami? Nie, to niemożliwe.
  Usiadł na łóżku i uderzył się w głowę. Masując sobie czoło rozejrzał się dookoła.
  - Mówiłem ci, żebyś uważał, gdy śpisz na górze.
  No tak. Zmiana domu i nowe dormitorium dzielone z Potterem. A, i łóżko dwupiętrowe.
  Lucas wychylił się i spojrzał na dół, na łóżko Pottera. Gryfon siedział po turecku na pościeli, a przed nim leżał stary zeszyt, który Potter przeglądał.
  - Co to jest? - spytał Lucas.
  Potter spojrzał na niego.
  - Też to czujesz?
  Lucas zawahał się.
  - Jakbym zapomniał o czymś ważnym? Tak, też to czuję.
  Potter pokiwał głową.
  - Szukam przeciwzaklęcia.
  - Myślisz, że...
  - ... ktoś nas zaczarował? Tak, dokładnie tak. Zaklęcie zresztą już znalazłem.
  - Co to w ogóle za zeszyt?
  Potter zawahał się.
  - Długo by było tłumaczyć.
  - To ma związek z tym, czego nie możesz mi powiedzieć?
  - Ma, ale z tym, co już mogę ci powiedzieć. Pytałem się.
  - To o co chodzi?
  Potter machnął różdżką w kierunku drzwi.
  - To żeby nikt nie podsłuchał - wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie Lucasa. - A więc, po pierwsze: nikomu nie mów tego, co ci powiem. Po drugie: błagam, nie uznaj mnie za wariata.
  - Już zaczynam cię za takiego uważać.
  Potter wyszczerzył zęby.
  - Nie spotkałeś mojego ojca.
  Lucas prawie spadł z łóżka.
  - Co?!
  Potter wzruszył ramionami.
  - To, co powiedziałem. Ten mój wielki sekret to po prostu moi zartwychwstali rodzice. A, i Syriusz Black, który nigdy nie był śmierciożercą.
  - Zwariowałeś - uznał Lucas.
  Potter westchnął.
  - Właśnie tego się obawiałem.
  - Masz jakieś dowody?
  Potter uśmiechnął się.
  - Tak, znajdują się we Wrzeszczącej Chatcie lub w gabinecie profesora Lupina, i nazywają się tata i Syriusz.
  Lucas spojrzał na niego z niedowierzaniem.
  - Kłamiesz, Potter.
  - Nie kłamię, Turner. A w ogóle, możemy mówić sobie po imieniu? W końcu jesteśmy współlokatorami.
  - Pokaż dowód, Pott... Harry.
  Gryfon uśmiechnął się.
  - Ubierz się i chodź ze mną. Albo nie, czekaj, mam to zaklęcie.
  Pott... Harry wymierzył w Lucasa różdżkę i wymamrotał kilka słów.
  - Powinno zadziałać.
  Zadziałało. Lucas przypomniał sobie poprzedni dzień - i Sorey'a.
  - Działa.
  Potter - Harry pokiwał głową i wymierzył różdżkę w siebie.
  - Możesz to samo zrobić z innymi? - spytał Lucas.
  Pott... Harry przechylił głowę w zamyśleniu.
  - Nie zadziała - powiedział. - Gdy spałem, przyszedł Ron. Próbowałem i nie zadziałało. Zdaje mi się, że ktoś nałożył na nich zaklęcie, żeby nam nie uwierzyli, ale jak chcesz, to możemy sprawdzić.
  Lucas zmrużył oczy.
  - Czy ty chcesz się wymigać od wykrycia twojego kłamstwa?
  Pott... Harry parsknął śmiechem.
  - Dobrze, już dobrze. Tylko przebierz się, bo nie wyjdziesz chyba w piżamie.

☆★☆

Harry zapukał do gabinetu Lupina. On i Tur... Lucas usłyszeli kroki i drzwi się otworzyły.
  - O, cześć, Harry - przywitał się nauczyciel. - A to jest...?
  Lupin spojrzał na Tur... Lucasa.
  - Lucas Turner - przedstawił się nowo (właściwie poprzedniego dnia) mianowany Gryfon.
  - Harry nam o tobie opowiadał - przyznał Lupin.
  - Nam?
  Nauczyciel otworzył usta, a następnie z powrotem je zamknął. Widać było, że nie chciał tego powiedzieć.
  - Lucas tylko szuka dowodów na to, że kłamię lub nie kłamię - uspokoił go Harry.
  Lupin odetchnął z ulgą.
  - Całe szczęście.
  - Musi pan bardziej uważać - zauważył Harry.
  Nauczyciel pokiwał głową.
  - Postaram się.
  - Kiedy wymyśliliście scenariusz? - spytał podejrzliwie Lucas.
  Lupin i Harry spojrzeli na niego. Nadal nie wierzył. Chyba nie przekona się, dopóki nie zobaczy. Chociaż może wtedy spyta, kto się transfigurował w jego rodziców? Pewnie będzie chciał pokazu tego Zaklęcia Życia. To już nie problem Harry'ego, jako że nawet tego zaklęcia nie znał. Jego tata i Syriusz będą musieli zrobić prezentację. Pewnie nawet się ucieszą. Lubili się podpisywać, jak małe dzieci.
  - Nie uwierzysz, dopóki nie zobaczysz? - upewnił się Lupin.
  Lucas pokiwał twierdząco głową, a nauczyciel westchnął.
  - Przyjdźcie koło koło południa. Może się nie rozminiecie. A, i Harry - będzie twoja mama.

☆★☆

Śmierć Krukonki Aurelie Watson, zabitej przez Bellatrix Lestrage, ogłoszono już poprzedniego dnia. Katherine nie przejęła się jej śmiercią. Była zbyt wścibska i zarozumiała. Natomiast irytowało ją, że w sobotę, zamiast śniadania, cały Ravenclaw musiał zebrać się na 'minutę ciszy' dla 'przedwcześnie zmarłej, miłej dziewczyny'. Watson miłą? Ten świat zaczynał wartość.
  Katherine niemal zasnęła na tej całej 'minucie ciszy', która w końcu trwała dwie godziny, a potem był jeszcze pogrzeb... Krukonka miała już tego dość.
  Tiña zniknęła już na początku, najprawdopodobniej rozmawiała z Alexem, a Katherine musiała znosić towarzystwo Cho Chang i Cornelie Smith, które paplały o czwartkowej imprezie i o nowo poznanych chłopakach. Czasami Katherine nie rozumiała, jak niektóre osoby mogły trafić do Ravenclawu. Albo jak łączyły naukę z co wieczornymi imprezami.
  - Hej, Katherine.
  Krukonka odwróciła się, by ujrzeć stojącego za nią Kevina Williamsa - trzeciego członka paczki Terry'ego i Alexa.
  - Mogę się dosiąść? - spytał, wskazując na puste miejsce obok niej.
  Katherine rozejrzała się po pozostałych Krukonach. Dziewczyna Kevina, Fiona Paxton, siedziała nieco dalej, wpatrując się w Williamsa ze wściekłością.
  - Fiona jest tam - Katherine wskazała mu dziewczynę ręką.
  Kevin spojrzał w tamtym kierunku.
  - Zerwaliśmy wczoraj - wyjaśnił. - Mogę się przysiąść?
  Większość dziewczyn nie wahałaby się długo. Kevin Williams - najprzystojniejszy chłopak na roku. Większość zgodziłaby się natychmiast. Był tylko jeden problem - Katherine nie była jak 'większość'. Zawsze miała swoje zdanie na jakiś temat i nigdy, przenigdy go nie zmieniała.
  - Wybacz, ale muszę cię zawieść: nie - powiedziała sucho Krukonka. - Znajdź sobie kogoś innego do podrywania. Nie mnie.
  Kevin zamrugał zaskoczony.
  - Ja tylko...
  - Spadaj.
  Katherine odwróciła się od niego i spojrzała na grób Aurelie Watson, udając, że bardzo ją to interesuje.
  - Nudzi ci się - zauważył Kevin.
  Katherine westchnęła.
  - Aż tak bardzo to widać?
  Williams usiadł obok niej. Krukonka chciała powiedzieć mu, żeby się odczepił, ale on wyszeptał, tak, żeby tylko ona go usłyszała:
  - Twój brat odwiedzał Lestrage.
  Katherine spojrzała na niego czujnie. Był rozluźniony, jakby przed chwilą powiedział coś zupełnie innego. Zdawał się być wesoły, spokojny. Pozornie. Jego szare oczy były chłodne, lecz jednocześnie jakby... zaciekawione. Katherine chyba nigdy nie zrozumie emocji chłopców.
  - Nie waż się nikomu o tym wspomnieć - syknęła.
  - Nie zamierzałem - szepnął. - Wiesz, jakie jest moje nazwisko?
  - Williams, a co?
  - Daniel i Elizabeth Williams -mówi ci to coś?
  Daniel i Elizabeth Williams... Śmierciożercy, oskarżeni o zabicie trzynastu mugoli, dwudziestu ośmiu szlam i trzydziestu dwóch aurorów. Nigdy ich nie złapali.
  - Chcesz powiedzieć... - zaczęła wolno Katherine - że to są twoi rodzice?
  Kevin przytaknął.
  - I cokolwiek planujecie, chcę wam pomóc.

☆★☆

Micheal O'Connor był wściekły na Lucasa. Jak mógł? Zmienił dom, i to na Gryffindor! Przecież był Ślizgonem! A, i jeszcze zaprzyjaźnił się z Potterem! To ostatnie już naprawdę było przesadą.
  Micheal podszedł do Lucasa i Pottera na śniadaniu.
  - Turner - powiedział.
  Lucas odwrócił się.
  - O, cześć Micheal - przywitał się.
  - Nie znamy się - wysyczał Ślizgon przez zaciśnięte zęby. - Nie jesteś już jednym z nas, Turner.
  Odwrócił się i odszedł. Usłyszał jeszcze Pottera:
  - I ty się dziwiłeś, że uważamy Ślizgonów za strasznie chamskich.
  Micheal wybiegł z Wielkiej Sali. Jak on mógł?! Lucas Turner był przecież Ślizgonem, synem śmierciożercy. A teraz... Teraz ich zdradził. W Slytherinie może nie byli bardzo mili, ale przynajmniej cenili sobie lojalność. A Turner właśnie ich zdradził. Nie był już Ślizgonem. Nigdy nie był.
  Micheal wyszedł na błonia. Nienawidził Turnera. Kiedyś byli przyjaciółmi. Ale to było kiedyś. Teraz Turner nawet nie był jednym z nich. Był Gryfonem. Jednego dnia zbudowano między nimi wysoki, gruby mur, nie do zburzenia. Nie, nie zbudowano. To Turner go zbudował. To Turner zdradził.
  Zatrzymał się nad jeziorem i ruszył w kierunku miejsca spotkań Ślizgonów. Rzadko kiedy ktokolwiek tam chodził. Zazwyczaj było to ciche, spokojne miejsce.
  Ale tylko zazwyczaj.
  Micheal zatrzymał się gwałtownie, gdy zobaczył, kto tam jest. Draco Malfoy i rudowłosa dziewczyna, ta z wymiany międzyszkolnej, co trafiła do Gryffindoru. Nie kłócili się, jak spodziewałby się Micheal. Nie, przeciwnie, rozmawiali i śmiali się. Jak przyjaciele.
  Kolejny Ślizgon z Gryfonem? Kolejna zdrada? Co się działo?
  Co tu się działo?

☆★☆

Po śniadaniu, Agnes wyszła z Draco na błonia. Zaprowadził ją w to samo miejsce, co poprzednio.
  Leżała na miękkiej trawie, wpatrując się w przepływające obłoki. Draco siedział obok niej, czuła na sobie jego wzrok.
  - Jaki jest twój status krwi? - spytał nagle.
  Agnes podniosła się na łokciu.
  - Półkrwi, czemu pytasz?
  Draco odwrócił wzrok.
  - Tak tylko...
  Nie uwierzyła mu.
  - Jesteś czystej krwi, tak? - zgadła. - Twoja rodzina przywiązuje do tego dużą wagę?
  Draco przez chwilę nie zareagował. Dopiero po jakimś czasie powoli pokiwał głową.
  - Skoro nie jesteś czystej krwi... - jego głos się załamał. - Mogą zabronić mi się z tobą kontaktować.
  Spojrzał na nią ze smutkiem i Agnes uświadomiła sobie, jak wiele ona dla niego znaczy, i jak wiele on znaczy dla niej.

☆★☆

Podczas śniadania, Raylïe wypatrywała Klika. Miała nadzieję, że Hermiona wyśle do niej jakiś list z Francji, jak obiecała. Jednak sowa nie przyleciała.
  Czyżby zapomniała? Może znalazła sobie w Beuxaboutons inne koleżanki, a o niej zapomniała? Obiecała, że napisze. A nie pisała. Ray pocieszyła się myślą, że może po prostu Klik jeszcze nie doleciał.
  Obok niej usiadły Parvati i Lavender. Wymieniły spojrzenia, po czym Patil powiedziała:
  - Słyszałam, że umówiłaś się na randkę z Kristinem.
  Ray spojrzała na nią z zaskoczeniem. Aż tak szybko się dowiedziały? Zresztą to nawet nie była randka! Prawda? Po prostu... nie - randka? Istnieje w ogóle takie coś?
  - To nie jest randka - wyjaśniła.
  - I dobrze dla ciebie - oznajmiła Lavender. - Padma, siostra Parvati, powiedziała, że Kristin jest jej.
  Ray westchnęła. Typowy temat rozmów z Parvati i Lavender. Ta się zakochała w tamtym. Ten umówił się z tamtą. Ci zaczęli ze sobą chodzić. Normalnie nuuuuudy.
  Raylïe wstała od stołu.
  - Idę napisać esej z Obrony przed Czarną Magią - rzuciła przez ramię i wyszła.
  Skierowała się do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Skręciła w nieco węższy korytarz i znieruchomiała. Kristin szedł tym samym korytarzem, w kierunku szkolnych błoni. Czy on nie powinien być na śniadaniu?
  Po krótkim wachaniu, Ray ruszyła za nim. Wyszła za nim z zamku i skierowała się z kierunku Zakazanego Lasu.
  Zatrzymała się. Co on planował? Dlaczego szedł akurat tam? Do Zakazanego Lasu?
  Przypomniało jej się, jak spotkali się na Wieży Astromonicznej. Wciąż nie powiedział jej, co tam robił. Tamto miejsce też było zakazane. Co on planował?
  Pobiegła za nim. Kristin zniknął w Zakazanym Lesie, a Ray weszła tam za nim.
  Od razu pożałowała swojej decyzji. W lesie było ciemno, gęste korony drzew przesłaniały słońce. Dziewczyna straciła też Kristina z oczu. Postąpiła kilka kroków do przodu i spojrzała za siebie. Nie widziała końca lasu.
  Ogarnęła ją panika. Co, jeśli stąd nie wyjdzie? Jeśli nigdy nie znajdzie drogi powrotnej do Hogwartu?
  Nagle ktoś ją chwycił za włosy i zasłonił jej usta dłonią, tłumiąc jej krzyk.
  - Co ty tu robisz, Jerks? - wysyczał Kristin prosto do jej ucha.

MINIATURKA 2: nowy rekord zmartwychwstania

No i ciąg dalszy miniaturki! Opublikowany o 1:15... Tak to jest, gdy się nie może zasnąć...
Miniaturka znowu krótka, no ale czego można oczekiwać, gdy pisało się ją przez pół godziny w nocy!
Nie jestem z niej tak zadowolona, jak z poprzedniej. Mam tylko nadzieję, że Wam się spodoba.
Nie przedłużam, bo miniaturka nie będzie czekać (czytelnicy chyba też...).
-----
1 listopada Syriusz obudził się niewiele po północy. Zazwyczaj nienawidził wstawać o tej porze, ale teraz... Miał koszmar, nie pamiętał już dokładnie jaki. Coś z Voldemortem, Jamesem i Lily...
  Szybko ubrał się i deportował się pod dom Petera. Bał się, że... Nie wiedział dokładnie. Ale się bał. A to raczej nie znaczyło nic dobrego.
  Podszedł do drzwi i zadzwonił. Nic. Zapukał. Znowu nic. Może Peter śpi? Trudno, wejdzie i tak.
  Coś było nie tak. Brak Petera. Porządek, co wykluczało porwanie. Więc co się stało?
  Przed oczami stanęła mu scena.
Peter klęczał przed Voldemortem.
  - M - mój panie - wymamrotał Glizdon. - Potterowie... Oni uczynili mnie Strażnikiem Tajemnicy. Z - znam miejsce, gdzie się ukrywają. W Dolinie Godryka.
  Voldemort wybuchnął okropnym śmiechem.
  - Więc jednak na coś się przydałeś - jego głos był wysoki i zimniejszy niż Antarktydy. - Może cię nie zabiję. Ale teraz... Ale teraz muszę złożyć wizytę twoim dawnym przyjaciołom.
  Syriusz oparł się o ścianę, oddychając ciężko. Nie, to niemożliwe. Przecież Peter... A może jednak...?
  Łapa deportował się ponownie, tym razem do Doliny Godryka.
  Zrujnowany dom powiedział mu wszystko. Wpatrywał się w resztki pozostałe po wizycie Voldemorta. Ruiny. Tylko ruiny. Bez Jamesa i Lily.
  Bez Jamesa i Lily.
  Jak?
  - Syriusz?
  Łapa odwrócił się. Obok niego stanął Hagrid.
  - Cześć - mruknął i odwrócił się z powrotem w kierunku domu. Jak on mógł to zrobić? Jak Pettigrew mógł ich zdradzić? Przecież byli przyjaciółmi! I jeszcze to najgorsze: to on, Syriusz Black, przekonał Jamesa i Lily do zmiany Strażnika Tajemnicy. Jak mógł być taki głupi?! Powinien był zaufać sobie, przecież sam nigdy by nie zdradził!
  - Syriusz, Dumbledore chciał, bym wziął Harry'ego - oznajmił Hagrid.
  Łapa zamrugał. Wziął Harry'ego? Czy Voldemort ich wszystkich nie zabił?
  - Jak to?
  - Cholibka, nie słyszałeś? Harry Potter przeżył! Voldemort upadł!
  - Yhym. Ale James i Lily nie żyją.
  Hagrid spochmurniał.
  - Naprawdę, to okropne - olbrzym pociągnął nosem. - James i Lily martwi!
  Gajowy Hogwartu wytarł łzy rękawem.
  - No, ale teraz mam robotę. Muszę wziąć małego Harry'ego Pottera.
  Syriusz nadal tępo wpatrywał się w ruiny. James i Lily martwi. James i Lily martwi. James i Lily martwi. James i Lily martwi...
  Jakaś część jego nadal nie mogła tego zaakceptować. Nadal sądziła, że za chwilę obudzi się z powrotem w swoim domu, deportuje się do Doliny Godryka i znów będzie pracował z Jamesem nad ich projektem... Druga, ta mądrzejsza część (a ma taką? - dop. Lily), wiedziała, że byli James i Lily nie żyli. I już nigdy ich nie spotka, nigdy nie dokończy z Rogaczem ich projektu...
  Ich projektu.
  Może to się uda...? Może zadziała...? Nigdy nie sprawdzali tego na ludziach, ale może...? A czemu nie? Może spróbować... A jeśli nie wyjdzie? A jeśli mu się nie uda?
  Hagrid podszedł do Syriusza z małym Harry'm na rękach.
  - Syriusz, naprawdę mi przykro - powiedział. - Zostałbym, ale Dumbledore...
  - Hagrid... - zaczął niepewnie Syriusz. - Daj mi Harry'ego. Jestem jego ojcem chrzestnym.
  Olbrzym ze smutkiem pokręcił głową.
  - Nie mogę. Dumbledore.
  - Och. Szkoda. Wiesz co, weź mój latający motocykl, powinien tu jeszcze być, o ile Voldemort go nie zniszczył.
  Hagrid rozpromienił się.
  - Dzięki, Syriusz!
  Po czym odszedł.
  Syriusz podszedł do ruin domu. Niedaleko miejsca, gdzie znajdowały się wcześniej drzwi, leżał James. Łapa przyklęknął obok przyjaciela. Rogacz leżał na ziemi, nie ruszał się, nie oddychał. Jak? Okulary zsunęły mu się z nosa. Syriusz poprawił je.
  Teraz musiał to zrobić. Bał się, że nie zadziała. Co wtedy? Co mu pozostanie? Żyć bez Jamesa? Ale jak? Musiał to zrobić. Wtedy przynajmniej będzie wiedział, że próbował.
  Wyjął z kieszeni różdżkę i wycelował nią w Jamesa. Przypomniał sobie zaklęcie, jakie razem wymyślili.
  - Vivere Reparare* - wymamrotał.
  Przez chwilę, która wydawała się najdłuższą chwilą w życiu Syriusza, nic się nie działo. A potem James odkaszlnął.
  Łapa uśmiechnął się. Zadziałało! Naprawdę zadziałało!
  James usiadł.
  - Ten Voldemort to mi się śnił, czy co?
  Syriusz roześmiał się.
  - No, a jak sądzisz? Trzęsienia ziemi ostatnio nie zarejestrowano.
  Rogacz spojrzał na siebie.
  - A czy on mnie przypadkiem nie z-avada-kedavrował?
  - Możliwe - zgodził się Łapa.
  - To czy nie powinienem być martwy?
  Syriusz uśmiechnął się.
  - Aż tak mało wierzysz w nasz projekt?
  James wytrzeszczył na niego oczy.
  - Nie żartuj.
  Łapa wzruszył ramionami.
  - Nie żartuję. Zadziałało vivere reparare .
  - A Lily? I Harry?
  - Lily jest po tobie druga w kolejce. Jeszcze nie zdążyłem. Harry... Hagrid go zabrał do Dumbledore'a.
  Rogacz zmarszczył brwi.
  - Jak to: zabrał go?
  - Przeżył. Nie wiem jak, ale Voldemort z-avada-kedavrował siebie zamiast Harry'ego.
  James wyszczerzył zęby.
  - Chyba powinien zacząć nosić okulary.
  - Mów o sobie.
  Roześmiali się.
  - Chodź, musimy jeszcze zmartwychwstać Lily - James wstał.
  - Yhym - zgodził się Syriusz. - Ale przynajmniej jak nas zabije za spóźnienie, to wiemy, co robić.
  Dwójka Huncwotów ruszyła dalej. Znaleźli Lily leżącą bez ruchu na ziemi zaledwie kilka metrów od Jamesa.
  Rogacz uklęknął obok Lily.
  - Syriusz, pożycz różdżkę - poprosił.
  - A, to dlatego Voldemort cię zabił! - zrozumiał nagle Łapa. - Nie miałeś swojej różdżki!
  - Yhym. Pożyczysz?
  Syriusz wręczył mu różdżkę.
  - Accio moja różdżka - wymamrotał James i chwycił lecący go niemu patyk.
  Oddał Łapie jego różdżkę, a swoją wymierzył w Lily.
  - Vivere Reparare.
  Lily nabrała gwałtownie powietrza. Otworzyła oczy i spojrzała na Jamesa, a potem na Syriusza.
  - Coo...? - wykrztusiła.
  Rogacz potarł w zamyśleniu brodę.
  - Jedno mnie zastanawia - powiedział. - Jak sądzicie, wpiszą nas do Księgi Rekordów Guinnessa? Tak za najszybsze zmartwychwstanie?
  Syriusz wzruszył ramionami.
  - Może. Kto wie.
-----
*Vivere Reparare - Zaklęcie Życia. Od vivere (łacina) - życie i reparare (też łacina) - przywracać.

piątek, 27 marca 2015

MINIATURKA 1: Śmierć w Halloween

Witajcie! Oto moja pierwsza miniaturka na tym blogu. Napisałam ją dzisiaj wieczorem, pod wpływem nagłej weny. Niestety, wyszła bardzo krótka. Przedstawia 31 października 1981 roku z punktu widzenia Jamesa Pottera - dzień, w którym zginął on i Lily. Z początku miałam ją wstawić dopiero na Halloween, w rocznicę ich śmierci, ale nie wytrzymałabym czekania. Niecierpliwa jestem ;-).
  Planuję wstawić jeszcze drugą część tej historii - dzień następny z punktu widzenia Syriusza, gdy dowie się o śmierci przyjaciół i ich... Nie zdradzę dalszego ciągu, zgadujcie, co się stanie. Chociaż właściwie jest to oczywiste...
  Nie przedłużając: oto miniaturka.
------
Był wieczór, 31 października, Halloween. James Potter żałował, że jest wojna i musi ukrywać się przed Voldemortem, bo inaczej chętnie nastraszyliby z Syriuszem kilku mugoli lub czarodziejów - co było ich corocznym zwyczajem. Miał nawet przygotowane na ten czas kilka zaklęć, które wymyślał w przerwach między ich najważniejszym projektem. No, ale cóż - przebranie się za Voldemorta, jeden z ich pomysłów, odpada. Pewnie prędko wpadliby na kilkunastu próbujących ich zabić aurorów. Chociaż to i tak była ciekawsza opcja niż siedzenie cały czas w domu, co robił już od roku. Zaczynało się robić nudno.
  James zastanawiał się nad wyjściem na dwór pod peleryną - niewidką, gdy do pokoju wleciał Harry na małej miotle. Rogacz roześmiał się, gdy chłopczyk wykonał gwałtowny zwrot, wzniósł się w górę, zanurkował i zatrzymał się kilka centymetrów nad podłogą.
  - Gdy ta wojna się skończy i pójdziesz do Hogwartu, zostaniesz najlepszym graczem quidditcha w historii - powiedział ze śmiechem. - No, może oprócz mnie.
  Podniósł Harry'ego z miotły i usadził sobie na kolanach. Chłopczyk spojrzał na niego dużym i, zielonymi oczami - oczami Lily.
  - Co tam, mały? Tobie też się nudzi?
  Harry pokiwał głową. James roześmiał się.
  - Chodź, znajdziemy Lily.
  Rogacz wstał i posadził chłopczyka z powrotem na miotle. Harry natychmiast wzbił się w górę, lecz i tak nie mógł dolecieć wyżej niż na półtora metra. Poleciał za Jamesem do kuchni, wykonał fikołka w powietrzu i wylądował tuż przed czytająca książkę Lily.
  - Mówiłam ci, żebyś nie latał, gdy nikt odpowiedzialny cię nie pilnuje? - Lily odłożyła książkę i podniosła Harry'ego.
  - A ja to co? - spytał urażony Rogacz.
  - Ty nie jesteś odpowiedzialny.
  - Ej!
  Lily wzruszyła ramionami.
  - Ale to prawda. Nie jesteś odpowiedzialny.
  - Jestem!
  - Chciałeś wyjść przebrany z Voldemorta.
  - No i co z... Ej, czekaj, skąd wiesz?
  Lily uśmiechnęła się.
  - Głośno rozmawiasz z Syriuszem.
  - Musisz zawsze podsłuchiwać? - mruknął James.
  - Nie podsłuchuję, po prostu przechodziłam obok.
  - Gugu!
  Harry wskazał na okno.
  - Co się stało? - spytała go Lily.
- Gugu!
  Tknięty przeczuciem, James wyjrzał przez okno. Ulica zapełniona dziećmi w różnych strojach, z koszykami na cukierki. Grópka czarownic i szkieletów zatrzymała się przed jednym z domów i zadzwoniła. Frankenstain i mała wiedźma rozmawiali z duchem. Jakiś młody chłopczyk podszedł do mężczyzny w kapturem. Dynia i...
  Mężczyzna w kapturem.
  James przyjrzał mu się uważnie. Chłopczyk pisnął i odsunął się od nieznajomego. Mężczyzna minął go i ruszył w kierunku domu Rogacza i Lily.
  Nie, to niemożliwe. Przecież są chronieni. Tylko Peter może... Ale co, jeśli...? Nie, Glizdon był ich przyjacielem. Nie zrobiłby czegoś takiego. Ale co, jeśli? To pytanie nie dawało mu spokoju. Pettigrew nie mógłby... Chociaż... Gdyby tak na to spojrzeć... Zawsze ciągnął do silniejszych od niego. Był strachliwy. Mógłby się przestraszyć i ich... James nie potrafił dopuścić do siebie tej opcji. Przecież Peter był ich przyjacielem! Nie zrobiłby czegoś... czegoś takiego! Chociaż... czy rzeczywiście był z nimi tak bardzo związany? Oddalony na drugi plan. Przyjaciel ich trójki - czwórki, jeśli wliczyć Lily. Nic dziwnego, że poczuł się niechciany. Piąte koło u wozu. Może jednak to zrobił... Może jednak... Może... zdradził.
  - James? - spytała niepewnie Lily.
  Mężczyzna w kapturze podchodził coraz bliżej. Zaklęciem otworzył drzwi.
  - Lily! - krzyknął James. - Weź Harry'ego i uciekaj!
  Rogacz zbiegł na dół, mając nadzieję, że jego rodzinie nic się nie stanie, że zdoła powstrzymać Voldemorta. Ale jak? Przecież nawet nie miał różdżki. Dopiero teraz przypomniał sobie, że zostawił ją u siebie w pokoju. Jak mógł być taki głupi! Nie, nie głupi. Ufny. Ufny przyjacielowi.
  Voldemort stał tam, na dole. James wiedział, że nie zdoła go powstrzymać. Zginie. Trudno. Oby tylko Lily i Harry przeżyli.
  Czarny Pan wymierzył w niego różdżką.
  - Avada Kedavra!
  Jak w spowolnionym filmie, James zobaczył zielony promień pędzący w jego kierunku. Prawie nie poczuł bólu. Po prostu lekkie uderzenie i upadek na podłogę. Śmierć była krótka. Miał tylko czas, by pomyśleć dwa słowa.
  Lily. Harry.
  A potem wszystko ogarnęła ciemność.

16. Ponowne Sortowanie

Harry nie wiedział, co się stało.
  Snape kazał mu zostać i sprawił mu długą gatkę o 'złym zachowaniu' i 'uciekaniu od kary', a podawał przy tym tyle przykładów dotyczących taty Harry'ego, że chłopiec zaczął się zastanawiać, czy nie sprawdzić kilku fajnych zaklęć na nauczycielu (kto mu w ogóle pozwolił uczyć?!). Spojrzał na zegar. Była 9.05...
   ... 9.10.
  W ciągu sekundy zegar niezauważalnie przesunął się pięć minut do przodu.
  Harry sprawdził na swoim zegarku na ręce. 9.10.
  Jak?
  - Co się stało, Potter? - warknął Snape.
  Harry przypomniał sobie zaklęcie z Zeszytu Zaklęć. Zaklęcie zatrzymujące czas, ale nie działające na zegary...
  - Zaniemówiłeś? - spytał Snape.
  Zaklęcie podpisane: Peter Pettigrew...
  - Mówię do ciebie, Potter!
  W głowie Harry'ego zaczął kiełkować pewien pomysł...
  - Potter!
  Szalony pomysł...
  - Ktoś zatrzymał czas - powiedział Harry, bardziej do siebie niż do nauczyciela.
  Ignorując wściekłego Snape'a, wybiegł z sali, obiecując sobie, że jak tylko zobaczy szczura Rona, zabije go. Nie ważne czy z rodzicami (jak prosili go James i Syriusz), czy sam.
☆★☆
Profesor McGongall była w swoim gabinecie, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
  - Proszę - powiedziała, nie podnosząc głowy znad papierów, które przeglądała.
  Drzwi otworzyły się. McGongall zerknęła w kierunku wchodzących. Turner i najmłodsza Weasley. Hmm... Ślizgon i Gryfonka? No proszę.
  - Tak? - spytała, spoglądając na nich.
  Uczniowie spojrzeli po sobie niepewnie.
  - Pani profesor... - zaczął Turner. - Wczoraj wieczorem, na imprezie w Pokoju...
  McGongall zerwała się z krzesła.
  - Jakiej imprezie?!
  Turner otworzył usta, a następnie je zamknął. I znowu. Najwyraźniej nie chciał tego powiedzieć.
  - Mów dalej - powiedziała Weasley. - Też chciałabym usłyszeć tą część.
  - Więc... Na tej imprezie usłyszałem rozmowę Kristina i Katherine Sorey - kontynuował Turner.
  - No i? - spytała McGongall, siadając z powrotem na krześle. - Co jest dziwnego w rozmowie rodzeństwa?
  - W tym nic, ale w temacie... Mówili o diademem Ravenclaw... I że mają czas... 'Do końca roku szkolnego, albo wyślą kogoś innego'.
  McGongall zastanowiła się. Tak, to rzeczywiście było dziwne. Był też ktoś z poza szkoły, bo raczej nie Sorey'owie 'wyślą kogoś innego'.
  - I przed chwilą... Spytałem Kristina Sorey'a o co mu chodziło, a on... - kontynuował niepewnie Turner.
  - Więc to chciałeś mi powiedzieć?
  Uczniowie odwrócili się. W drzwiach stał Harry Potter.
  Weasley zarumieniła się i odwróciła.
  - Słyszałeś coś o tym, że puka się do drzwi, zanim się wejdzie, Potter? - spytała sucho McGongall. Ten chłopak ostatnio na za wiele sobie pozwalał. No cóż... Niedaleko pada jabłko od jabłoni...
  - Słyszałem, pani profesor - odparł Potter. - Chciałem zapukać, ale usłyszałem historię Turnera. Więc co zrobił Kristin? - to ostatnie było już do Ślizgona.
  - On... zachowywał się dziwnie. Jak nie on. Groził mi Obliviate. Mówił coś o swojej matce...
  Potter zmarszczył brwi.
  - To on zatrzymał czas? - upewnił się.
  - Co zrobił?! - To zaskoczyło McGongall.
  - Patrzyłem na zegar - wyjaśnił Gryfon. - Nagle, w ciągu sekundy, wskazówki na tym w klasie i na moim przesunęły się o pięć minut.
  - I z tego wywnioskowałeś, że ktoś zatrzymał czas? - nie mogła uwierzyć McGongall.
  - No... Znam pewne zaklęcie, które zatrzymuje czas, ale nie działa na zegary.
  - I? Nie wiesz, czy ktoś inny je zna - zauważyła McGongall, postanawiając zapytać Pottera, skąd on bierze te zaklęcia.
  - Wiem, że... Znał je pewien śmierciożerca.
  - Który? - spytał zaskoczony Turner.
  - Nie wiem.
  Kłamał. McGongall wiedziała, że kłamał. Ale dlaczego? Kogo chciał w ten sposób chronić?
  - To był Black - zasugerowała.
  Potter otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale nic nie powiedział. Najwyraźniej nie sądził, że to może być Black, ale nie mógł znaleźć odpowiedniego uzasadnienia.
  - Znał wiele zaklęć już gdy był młody - wyjaśniła McGongall, ale Gryfon nadal nie wyglądał na przekonanego. - No, a teraz dziękuję za informacje. Porozmawiam o tym z profesorem Dumbledore'm. Weasley, idź na lekcję. Turner, Potter - poczekajcie na mnie przed gabinetem.
☆★☆
- Jak sądzisz, co to może znaczyć? - spytał Turner, gdy Ginny poszła na swoje zajęcia.
  Harry przyjrzał mu się uważnie. Czy może mu zaufać? Czy może mu powiedzieć prawdę?
  - Nie wiem.
  - Kłamiesz - powiedział Turner.
  Harry westchnął. Czy ten Ślizgon musiał być taki spostrzegawczy?
  - Nie mogę powiedzieć - przyznał.
  Turner spojrzał na niego podejrzliwie.
  - A co ty ukrywasz? - spytał.
  - Obecnie? Eliksir dla twojego przyjaciela Malfoy'a. Całkiem sporo fajnych zaklęć. Kilka planów na kolejne dowcipy. Mapę Hogwartu. I to, czego nie mogę ci powiedzieć.
  - Malfoy nie jest moim przyjacielem.
  Harry spojrzał na Turnera z zaskoczeniem.
  - Nie chciałem trafić do Slytherinu - wyjaśnił. - Moja rodzina... Wszyscy byli w Domu Węża. Cześć była śmierciożercami. Ojciec byłby wściekły, gdybym trafił do innego domu. Poprosiłem Tiarę o przydział do Slytherinu. Teraz tego żałuję. Wolałbym nawet Hufflepuff, byle nie być kojarzony z takimi idiotami jak Malfoy i nie musieć wysłuchiwać jego gatki o tym, że czarodzieje z rodzin mugoli nie powinni trafiać do Hogwartu i tym podobnych tematach. Chciałbym mieć ponowny przydział.
  Harry wpatrywał się w Turnera.
  - Nie wkręcasz mnie? - upewnił się.
  Ślizgon wzruszył ramionami.
  - A dlaczego miałbym?
  Harry zastanawił się. Może Turner mógłby otrzymać ponowny przydział?
  W tym momencie podszedł do nich Dumbledore.
  - Harry, panie Turner - powiedział. - Możecie mi opowiedzieć dokładnie, co się stało?
  Uczniowie opisali wydarzenia. Dyrektor Hogwartu przygładził długą brodę w zamyśleniu.
  - Ciekawe - uznał. - Ciekawe. Będę musiał coś z tym zrobić - spojrzał uważnie na Harry'ego i Turnera. - Chcecie o coś się spytać, prawda?
  Harry zawachał się.
  - Panie profesorze... - zaczął. - Czy jest możliwość otrzymania powtórnego przydziału?
  Turner spojrzał na niego z zaskoczeniem.
  - Jest taka możliwość - przyznał Dumbledore. - Któryś z was chciałby z niej skorzystać?
  - Ja, panie dyrektorze - powiedział Turner.
  Dyrektor pokiwał głową.
  - Przyjdź proszę do mojego gabinetu po tej lekcji. Hasło to Dyniowe Paszteciki.
☆★☆
Remus Lupin przeglądał wypracowania Pucharów, gdy usłyszał pukanie. Odwrócił się w kierunku drzwi. Nie, to nie dobiegło stąd. Więc skąd?
  Przypomniał sobie o tajnym przejściu, jakie czasami używali z Jamesem i Syriuszem, by odwiedzić nauczyciela Obrony przed Czarną Magią. Podszedł do ukrytych drzwi, zastanawiając się, czy przypadkiem nie zwariował, i je otworzył.
  - Co wy tu robicie? - wydusił, gdy zobaczył, kto stał za drzwiami.
  James i Syriusz uśmiechali się do niego.
  - Postanowiliśmy wpaść - wyjaśnił Rogacz.
  - Możemy wejść, Luniaczku? - spytał Łapa.
  - Wchodźcie - Remus odsunął się na bok, by przepuścić przyjaciół. - Gdzie wy teraz mieszkacie?
  Syriusz przyjrzał się Druzgotkowi pływającemu w dużym akwarium przy ścianie.
  - Nie używasz już Wrzeszczącej Chaty?
  Lunatyk skrzywił się. Nienawidził bycia wilkołakiem.
  - Już nie - przyznał. - Jak głupi Snape jest, potrafi przyrządzić kilka eliksirów.
  - Yhym - potaknął James, otwierając szafę z boginem. - Jak tam praca? Riddikulus - dodał, machając leniwie różdżką, ledwo upiór zdążył zmienić się w Voldemorta rzucającego Zaklęcie Uśmiercające.
  - Nadal się tego boisz? - zdziwił się Syriusz.
  - Ciebie nie zabił - mruknął Rogacz.
  - Fakt - Łapa wyszczerzył zęby.
  Remus westchnął.
  - Co wy tu robicie? - spytał.
  Syriusz udał obrażonego.
  - Wyrzucasz swoich przyjaciół?
  Lunatyk wywrócił oczami.
  - Ktoś wam kiedyś mówił, że jesteście dziecinni?
  James podniósł wzrok znad kufra z bulgotał cym eliksirem.
  - Lily, codziennie - przyznał. - Ty, gdy się widzimy.
  - Mój ojciec, gdy jeszcze żył - wyliczał dalej Łapa. - Reg, też gdy żył.
  Remus westchnął.
  - I po co się pytałem? - spytał sam siebie.
  James wyszczerzył zęby.
  - Też nie wiem.
  Usłyszeli pukanie do drzwi.
  - Wyrzuć tego kogoś, jeśli będzie trzeba - poradził Syriusz.
  Lunatyk wyszedł z gabinetu i otworzył drzwi klasy.
  - O, cześć Harry - przywitał się i odetchnął z ulgą, widząc małego Pottera. Jego nie będą kazali mu wyrzucić. - Wejdź.
  Harry wszedł do klasy, zamykając za sobą drzwi. Zanim zdążył coś powiedzieć, z gabinetu Remusa wyjrzeli James i Syriusz.
  - Czy ktoś powiedział...? - zaczął Łapa.
  - O, cześć Harry - przywitał się Rogacz.
  Remus westchnął. Harry raczej nie zdąży wytłumaczyć, co chciał powiedzieć. Spotkanie rodzinne po dwunastu latach z uczestnictwem Jamesa i Syriusza pewnie będzie długie.
☆★☆
Lucas podszedł do rzeźby prowadzącej do gabinetu dyrektora. Nadal nie wiedział, dlaczego Potter spytał Dumbledore'a, czy można otrzymać drugie sortowanie. Przecież nawet się nie znali, a on już mu pomagał, tylko dlatego, że Lucas powiedział, że tego potrzebuje.
  - Dyniowe Paszteciki - powiedział już-niedługo-nie-Ślizgon.
  Lucas żałował jeszcze bardziej, że nie wybrał innego domu niż Slytherin. Mógłby poznać takich ludzi jak Potter, a nie idiotów jak Malfoy czy Zabini, mówiących prawie zawsze o czystości krwi i 'głupich szlamach'.
  Sami są głupi, pomyślał Lucas, pukając do drzwi gabinetu Dumbledore'a.
  Wszedł do środka, jeszcze za nim usłyszał 'Proszę'.
  - Aż tak ci się nie podoba w Slytherinie? - spytał z uśmiechem dyrektor. - Siadaj - dłonią wskazał Lucasowi taboret.
  Prawie-nie-Ślizgon usiadł na wskazanym miejscu. Dyrektor nałożył mu Tiarę Przydziału.
  Chociaż nie był już tak mały jak w pierwszej klasie, Tiara i tak opadła mu na oczy. Może się powiększyła, pomyślał.

Hmm... Ciekawe. Byłeś dotychczas w Slytherinie, prawda?
Tak, ale chcę zmienić dom.
Bałeś się ojca, tak?
Ale już się nie boję.
I słusznie. Miałam kiedyś takiego, którego rodzina też zawsze lądowała w Slytherinie. On się nie bał. Trafił do Gryffindoru, ale nie wiem, czy mu to na dobrze wyszło. Może w Slytherinie byłby grzeczniejszy...
Um... Może powinnaś przejść do Sortowania?
Co? A, tak! Co my tu mamy... Mądrość... Spryt... Może jednak do Slytherinu byś pasował...
To nie jest jedną z opcji.
Rozumiem. Więc dalej... Dużo odwagi...
Co proszę?!
Nie wiedziałeś? Jesteś odważny! I przystojny...
Um... Do czego zmierzasz?
Ja tylko mówię, co o tobie myśli pewna Gryfonka!
Która?
Ciekawi cię? Nazywa się, jak jej tam, a! Ginerva Weasley.
Ginny...?
Chyba będę miała co jej opowiadać, gdy zdecyduje się na ponowne Sortowanie. Gdzie chcesz trafić? Ravenclaw? Gryffindor? Może Slytherin, ale mówiłeś, że nie ma takiej opcji...
Gryffindor!
Aż tak bardzo chcesz tam trafić? Może do tej, jak jej tam, Ginny?
Cicho bądź.
Już dobrze, już dobrze.

  Lucas mógł przysiąc, że usłyszał cichy śmiech.

GRYFFINDOR!

  Dumbledore zdjął Tiarę z głowy już-na-szczęście-nie-Ślizgona.
  - Gratulacje - pochwalił go dyrektor. - Mogę tylko zapytać, dlaczego tak długo?
  - Tiara... Jest dosyć rozmowna - przyznał Lucas.
  Dumbledore zmarszczył brwi.
  - Tak, zauważyłem. Najwyraźniej to zaklęcie Harry'ego ma również inne skutki... Chciałbyś dzielić z nim dormitorium?
  - Z kim?
  - Z Harry'm Potterem, oczywiście. W Gryffindorze jest jedno wolne dwuosobowe dormitorium, a nie chciałbym, byś mieszkał w nim sam.
  - Oczywiście, że chcę! - wykrzyknął rozradowany Lucas, a po chwili dodał: - Panie profesorze.
  Dumbledore uśmiechnął się.
  - Zaprowadzę cię. A, i myślę, że zwolnię ciebie i Harry'ego z dzisiejszych lekcji, jako że i tak już jedną omineliście, a Harry może wyjaśnić ci, jak to jest w Gryffindorze. Zresztą i tak nie mogę mu już wstawić szlabanu, a na lekcjach się na razie nie pojawia... Poproszę profesor McGongall, by go znalazła - spojrzał na Lucasa. - Chodź ze mną.
☆★☆
Harry wracał ze spotkania ze swoim ojcem i Syriuszem, gdy natknął się na McGongall.
  Harry nigdy wcześniej nie wygłupiał się tak bardzo. Gdy James i Syriusz już wyszli, profesor Lupin uznał, że Gryfon za bardzo wzrósł się w ojca. Coś w tym było. James Potter i Syriusz Black, tak jak przyznał Lupin, zachowywali się trochę jak dzieci. Harry'emu to nie przeszkadzało. Całkiem fajnie było mieć rodziców zachowujących się jakby byli twoimi rówieśnikami. Lupin ostrzegł go, że jego mama jest zupełnie inna, co Harry stwierdził już gdy usłyszał o tym, że Lily wysłałaby mu Wyjca za zaczarowanie Tiary Przydziału, gdyby nie to, że nikt z nich nie mógł go kupić, a w domu żadnego nie mieli (Harry podejrzewał, że jego tata maczał w tym palce). No, naprawdę... To był tylko jeden dowcip!
  - Potter, co ty tutaj robisz?
  Harry odwrócił się.
  McGongall.
  Ups. Chyba powinien być teraz na zajęciach z... Opieki nad Magicznymi Zwierzętami, zdaje się. Hagrid się obrazi...
  - Masz szczęście, że profesor Dumbledore zwolnił cię z dzisiejszych lekcji - na tę słowa Harry odetchnął z ulgą. - Chodź ze mną.
  Harry powlókł się za nauczycielką, zastanawiając się, czy dostanie szlaban. Z jednej strony, powinien. Zresztą to była McGongall. Jednocześnie, miał już nie mieć żadnych szlabanów...
  Wicedyrektorka zaprowadziła go do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. W środku stali Dumbledore i ten Turner.
  - O, tu jesteś, Harry! - wykrzyknął na jego widok dyrektor. - Pan Turner został przydzielony do Gryffindoru. Zaproponowałem, byście wspólnie dzielili dormitorium. Co ty na to?
  - W sensie... Tylko my?
  - Dokładnie.
  - To... To dobry pomysł, panie profesorze.
  Harry chciał powiedzieć o wiele więcej. Tylko jeden współlokator! Mógłby łatwo się go pozbyć, przynajmniej na pewien czas, a potem nie musiałby się ukrywać ze swoimi planami...
  Spojrzał na Dumbledore'a. W niebieskich oczach dyrektora błyskały iskierki rozbawienia. Harry'emu zdawało się, że Dumbledore dobrze zna jego myśli. Przypomniał sobie o lekcjach Okulumencji, jakie miał pobierać i postanowił, że w najbliższym czasie będzie musiał się zgłosić do Lupina.
  - Harry, panie Turner - pokażę wam wasze nowe dormitorium - powiedział Dumbeledore i zaprowadził ich schodami na szczyt Wieży Gryffindoru. Zatrzymał się na końcu schodów. - To tutaj - oznajmił, wskazując na drewniane drzwi.
  Chłopcy zajrzeli do środka. Pokój był dosyć duży, wielkości poprzedniego dormitorium Harry'ego, jednak w tym znajdowało się trzy razy mniej mebli, więc jego wielkość była jeszcze bardziej widoczna. Harry'emu wydawało się nawet, że pokój był odrobinę większy.
  Trzy ściany nowego dormitorium, oprócz tej z drzwiami, zajmowały okna. Po lewej stronie Gryfonów było nawet wyjście na szeroki na całą długość pokoju balkon. Było tu tylko jedno dwupiętrowe łóżko, ustawione przy ścianie naprzeciw nich. Obok niego stała szafka nocna i mała lampka. Nieco dalej, w kącie pokoju, znajdowała się szafa. Dalej, po prawej stronie chłopców, były dwa stoły i krzesła, a nad nimi wisiały półki na książki. Przy drzwiach wejściowych znajdowały się inne drzwi, najprawdopodobniej prowadzące do łazienki. Na podłodze leżał miękki dywan w barwach Gryffindoru.
  - Jak wam się podoba? - spytał Dumbledore.
  - Tu jest... - Harry szukał odpowiedniego słowa.
  - ... wspaniale - dokończył za niego Turner.
  Dyrektor Hogwartu uśmiechnął się.
  - Pokój jest wasz. Zwolniłem was z lekcji, więc możecie się tu przeprowadzić. Harry, mógłbyś przedstawić też panu Turnerowi wasz plan lekcji?
  - Oczywiście - zgodził się natychmiast Harry.
☆★☆
Kristin wybiegł z zamku zaraz po spotkaniu z Turnerem, i pobiegł do Zakazanego Lasu. Zatrzymał się przed małą jamką. Poszerzył ją zaklęciem i wszedł do środka. Krętym tunelem przeszedł do małego pokoju.
  - Co ty tu robisz? - spytała Bellatrix Lestrage, stojąca na środku salki.
  - Ja... Turner usłyszał moją rozmowę z Katherine - wyjaśnił Kristin.
  - I co z tego? Turnerowie byli przecież śmierciożercami.
  - Lucas Turner jest... inny.
  Bellatrix skrzywiła się.
  - Coś o tym wiem - mruknęła. - Więc co?
  Kristin nabrał powietrza.
  - Powiedział Dumbledore'owi. I Potterowi.
  Bellatrix spojrzała na niego.
  - Z tym nie będzie problemu - powiedziała cicho. - Obliviate Maxima, i już po sprawie. Radziłabym ci również rzucić zaklęcie sprawiające, że nikt nie uwierzy Turnerowi i Potterowi.
  Kristin przytaknął.
  - Dobrze.