piątek, 20 marca 2015

13. Miłosne problemy

Następnego ranka Hermionę obudziło nagle zimno. Otworzyła oczy i spojrzała na siebie. Była cała mokra. Nad nią stała Sylvia z pustym wiadrem.
  - Teraz jeszcze tylko Selene muszę obudzić - uznała i zniknęła w łazience.
  Hermiona rozejrzała się po swoich pozostałych współlokatorkach. Selene jeszcze spała, a Tîa stała przed szafą.
  - Zawsze tak robi - wyjaśniła, nie patrząc nawet na Gryfonki.
  - Nie za wcześnie na lany poniedziałek? - wydusiła Hermiona.
  Tia wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała.
  Gryfonka westchnęła. Tak samo budziła ją zawsze Raylïe, o ile udało jej się wstać przed Hermioną. Dziewczyna tęskniła za Hogwartem, a najbardziej za swoją przyjaciółką. Tęskniła też za Harry'm i Ronem, nawet gdy ci rozprawiali o quidditchu, który Hermiony kompletnie nie interesował, tęskniła za lekcjami, za innymi Gryfonami, nawet za Malfoy'em... Nie, to już przesada. Za nim nie tęskniła. Chociaż... Znała go. Tutaj nie znała nikogo.
  Sylvia wyszła z łazienki, tym razem z pełnym wiadrem. Podeszła do łóżka Selene i wymierzyła, by dobrze trafić.
  - Schowaj się za łóżko - poradziła Tîa, nadal nie przerywając wybierania stroju.
  Hermiona poszła za jej radą i po chwili zrozumiała, po co.
  Gdy Sylvia obudziła Selene, natychmiast padła na ziemię, Méchant sięgnęła po najbliższy ciężki przedmiot i rzuciła nim w kierunku ukrywającej się za jej łóżkiem Robertson. Miała bardzo słabego cela, i zamiast w Sylvię, trafiła w drzwi szafy, za którymi schowała się Tîa.
  - Pudło - dobiegł spokojny głos Sagesse. - Celuj bardziej w dół.
  Najwyraźniej takie wydarzenia były tu normalnością.
  Kolejna ciężka rzecz, tym razem gruby podręcznik, przeleciał tuż nad głową Hermiony.
  - Zostawisz jej wspaniałe wspomnienie o naszej gościnności - zauważyła kąśliwie Sylvia.
  - A ty to niby nie? - syknęła Selene ze złością.
  Méchant zaniechania jednak dalszych prób trafienia Robertson i poszła do łazienki.
  Tîa wyjrzała zza drzwi szafy.
  - Musisz tu zostać na dłużej, Hermiona - powiedziała cicho. - Zazwyczaj Selene nie kończy, nim Sylvia ma przynajmniej jednego guza.
  Zza drzwi łazienki dobiegł odgłos podejrzanie podobny do szczotki rzucone przez kogoś z całej siły.
☆★☆
- Przyjaźnisz się z Malfoy'em?! - Ron zaksztusił się sokiem dyniowym. - No, nie żartuj!
  - Nie żartuję - powiedziała poważnie Agnes. - A ty, Ron, przestań się wydzierać na całą salę.
  Harry przysłuchiwał się ich kłótni w milczeniu. Nagle, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, miał ochotę podejść do stołu Ślizgonów i zrobić coś Malfoy'owi. Nie ważne, co. Ważne, by bolało.
  Nie wiedział, skąd się wzięło to uczucie, ale gdy tylko Agnes oznajmiła, że zaprzyjaźniła się z Malfoy'em, to znaczy, jak się wyraziła, z Draco, Harry chciał, żeby Malfoy'owi coś się stało. Coś złego. I żeby się odczepił od Agnes.
  Harry spojrzał w kierunku stołu Slytherinu. Malfoy spoglądał co chwila w ich kierunku. Gdy tylko jego oczy zatrzymały się na Harry'm lub Ronie, w jego oczach błyskała nienawiść. Harry miał wrażenie, że to była taka sama nienawiść, jak ta, którą on czuł do Ślizgona. Ale Malfoy zdawał się znać jej powód.
  W tym momencie Ślizgon spojrzał n Agnes i wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił. Oparł głowę na dłoni i zaczął przypatrując się dziewczynie. Ale dlaczego? Harry przyjrzał mu się wyraźniej. I nagle przypomniały mu się słowa Lupina, jakie wypowiedział podczas pierwszej kłótni ze Snape'm. 'Byłeś zazdrosny...'
  To było dokładnie to. Był zazdrosny. Tak samo, jak Malfoy. Zazdrosny o Agnes.
  Ale dlaczego? Przecież nawet jej nie znał. Wymienili zaledwie kilka... może kilkanaście zdań, poprzedniego wieczoru i tego ranka. A teraz nagle był o nią zazdrosny.
  Harry spojrzał na Agnes. Jej zielone oczy błyszczały ze złości, a usta były zaciśnięte. Rude włosy opadły jej na ramiona. Obcisłe leginsy podkreślały jej zgrane nogi.
  Nagle Gryfon zdał sobie sprawę z tego, co robi. Zarumienił się i odwrócił wzrok. Napotkał spojrzenie Ginny Weasley. Siedziała nieco dalej przy stole Gryffindoru, przypatrując się kłótni Rona i Agnes. Wyglądała, jakby chciała, by Harry też pokłócił się z dziewczyną. W jej oczach widać było to samo, co u Malfoy'a. Zazdrość.
  Harry pokręcił z niedowierzaniem głową. Weasley'owie mówili, że Ginny się w nim kochała, ale dopiero teraz zrozumiał, co to znaczy. Dopiero, gdy sam się zakochał.
  Jego tata i Syriusz pewnie byliby dumni. W końcu ojciec chrzestny Harry'ego w ciągu swojej nauki w Hogwarcie złamał serca chyba z dwustu dziewczynom, jeśli nie więcej. Pewnie by się ucieszył, gdyby Harry miał zrobić to samo, nawet jeśli tylko z jedną. A jego tata... James Potter w ciągu siedmiu lat spędzonych w Hogwarcie stał się słynny z trzech rzeczy: wspaniałej gry w quidditcha, rozrabianie wraz z Syriuszem i miłości do Lily Evans, która przyjaźniła się z jego największym wrogiem - Severusem Snape'm.
  No cóż... Jaki ojciec, taki syn.
  Z zamyślenia otrząsnęła go wściekła wypowiedź Agnes:
  - Proszę bardzo: mogę z wami nie rozmawiać, jeśli tak bardzo Ci przeszkadza, że się przyjaźnię z Malfoy'em!
  - Ale to dupek! - zaprotestował Ron.
  - Przynajmniej milszy od ciebie, bo nie krzyczy na mnie tylko dlatego, że mam innych przyjaciół!
  - Jakich innych? Bo z nami już się nie przyjaźnisz!
  Agnes wstała od stołu.
  - Dobrze - powiedziała ze złością. - Dobrze.
  Odwróciła się, by odejść, ale Harry chwycił ją za rękę, nie zważając na wpatrującą się w niego Ginny.
  - Zostań - poprosił. - Ron nie chciał powiedzieć tego, co powiedział.
  Agnes prychnęła, odrzucając do tyłu rude włosy.
  - Ta, jasne.
  Harry spojrzał na Rona. Tamten uniósł brwi, ale powiedział tylko:
  - Nie chciałem.
  - I tak ci nie wierzę - oznajmiła Agnes, ale usiadła przy chłopcach, jednak zajmując takie miejsce, by oddzielał ją od Rona Harry.
  Gryfon rzucił krótkie spojrzenie w kierunku Malfoy'a i z zadowoleniem zobaczył, że tamten miał teraz ponurą minę i spoglądał na Harry'ego z nienawiścią.
   Po drugiej stronie Harry'ego, między nim a Ronem, usiadła Raylïe.
  - Można iść do Hogsmeade w następny weekend - oznajmiła i spostrzegła Agnes. - O, cześć. Jestem Raylïe, w skrócie Ray.
  Agnes uśmiechnęła się.
  - Agnes - przedstawiła się.
  - Wiecie, czy uczniowie z Beuxaboutons mogą iść do Hogsmeade, kiedy my, czy mają inne terminy? - spytał Harry.
  Ray potarła w zamyśleniu nos.
  - Zdaje mi się, że w tym samym czasie - uznała. - A czemu pytasz?
  Nagle Ray spojrzała na Agnes, a potem z powrotem na Harry'ego. I znowu na Agnes. I na Harry'ego.
  - Och - powiedziała. - Och.
  Po czym wstała i wybiegła z sali.
  Ron popatrzył za nią.
  - A tej to co się stało? - zdziwił się.
  Agnes zmarszczyła brwi.
  - Harry, masz dziewczynę? - spytała.
  Chłopcy spojrzeli na nią z zaskoczeniem.
  - Nie, a czemu...?
  Agnes rozejrzała się wokoło. Napotkała spojrzenie Ginny.
  - Po prostu się pytam - powiedziała i wstała do stołu.
  - Agnes... - zaczął Harry, ale dziewczyna mu przerwała:
  - Potrzebuję na chwilę pobyć sama.
  Po czym odwróciła się i wybiegła z Wielkiej Sali, tak jak wcześniej Raylïe.
  - O co jej chodzi? - spytał sam  siebie Harry.
  Ron wzruszył ramionami i nałożył sobie nową porcję puddingu.
  - Dziewczyny są dziwne - powiedział. - Ich nigdy nie zrozumiesz.
  Harry westchnął. Zobaczył, jak Malfoy wstaje od stołu Ślizgonów i idzie za Agnes.
  Harry zrobił to samo.
☆★☆
Raylïe wybiegła na szczyt Wieży Astromonicznej. Nie miała tu wstępu, ale przynajmniej mogła być pewna, że nikt jej nie przeszkodzi.
  Oparła się o parapet i wyjrzała za okno. Harry Potter... Chłopiec, w którym była zadurzona od pierwszej klasy. A teraz okazało się, że miał już dziewczynę.
  Ray zacisnęła dłonie na framudze okna. Przypomniała sobie słowa Trelawney... 'Ci, których dażysz uczuciem odwrócą się od ciebie... Zdradzą lub znajdą sobie inną...' Co, jeśli to była prawda?
  Dziewczyna otrząsnęła się z tych myśli. Nie było sensu przejmować się paplaniną jakiejś wariatki.
  Usłyszała, jak drzwi do wieży się otwierają. Odwróciła się gwałtownie, próbując wymyślić usprawiedliwienie dla swojej obecności w tym miejscu.
  Jednak osobą, która weszła do środka, nie był nauczyciel.
  - Co ty tu robisz? - spytał Kristin, równie zaskoczony jak ona.
☆★☆
Agnes wybiegła na błonia. Zatrzymała się dopiero nad jeziorem. Przykucnęła i zaczęła płakać.
  Gdyby wiedziała, co tu się stanie, nigdy nie zgodziłaby się na wyjazd. Chętnie zamieniłaby się z Fleur.
  Wyrwała z ziemi kępkę trawy. Pomyślała, co by teraz robiła, gdyby nie wyjazd do Hogwartu. Pewnie śmiałaby się wspólnie z Sylvią, Selene i Tîą. I nie musiałaby się przejmować dwoma chłopakami.
  Porównała ich w myślach do siebie. Draco Malfoy, o którym nie tylko Harry i Ron mówili jako o idiocie, ale który okazał się być wobec niej całkiem miły. I Agnes wydawało się, że nie oszukiwał, że naprawdę taki jest. To do siebie nie pasowało.
  Był też Harry Potter. Chłopiec, Który Przeżył. Odważny, mądry, utalentowany. Czasem zabawny. Ale w nim kochały się już inne dziewczyny. Ta Raylïe. I młodsza siostra Rona. A Agnes nie chciała wszystkiego zmieniać. Chociaż, po namyśle, już to zrobiła.
  Agnes przyciągnęła nogi do siebie. Ile by dała, by znaleźć się z powrotem w Beuxaboutons! Fleur mogłaby tu pojechać zamiast niej.
  Rozmyślania dziewczyny przerwał jakiś krzyk. Zerwała się z miejsca i pobiegła w kierunku jego źródła.
  Zatrzymała się gwałtownie, gdy zobaczyła, co się dzieje. Otworzyła szeroko oczy z przerażenia.
  Nad jeziorem zobaczyła jasnowłosą dziewczynę w mundurku Hogwartu. Trzymała w dłoni różdżkę, którą mierzyła w... Agnes nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Bellatrix Lestrage.  Stała tam, z różdżką w dłoni.
  - Ach, więc jednak ktoś zauważył jego nieobecność? - powiedziała śmierciożerczyni. - Będę musiała mu powiedzieć, by był ostrożniejszy.
  Blondynka zacisnęła mocniej dłoń na różdżce.
  - Nikomu nic nie powiesz - wydusiła. - Zawołam Dumbledore'a, gdy tylko coś zrobisz.
  Lestrage roześmiała się.
  - Dumbledore nie przybiegnie tu wystarczająco szybko. O ile ciebie usłyszy.
  Agnes stała jak sparaliżowana. Nie poruszyła się nawet, gdy śmierciożerczyni oznajmiła:
  - Chociaż rzeczywiście muszę cię usunąć - Lestrage machnęła różdżką. - Avada Kedavra!
  Agnes krzyknęła, gdy zielone światło ugodziło blondynkę.
  - NIE!
☆★☆
- Kristin? - zdziwiła się Raylïe.
  - Co ty tu robisz? - ponowił pytanie chłopak.
  - Ja tylko... - zająkała się dziewczyna. - Chciałam trochę pobyć sama.
  Kristin przyjrzał jej się podejrzliwie. Co, jeśli wiedziała... Szybko otrząsnął się z tych myśli. Nie mogła wiedzieć.
  - A... A co ty tu robisz? - spytała Raylïe.
  Kristin przeszukał w myślach wszystkie możliwe odpowiedzi.
  - To samo, co ty.
  Nie uwierzyła mu. Tego był pewny. Lepiej to, niż żeby znała prawdę.
  - A co się stało? - spytał, chcąc odciągnąć jej uwagę od siebie.
  Raylïe zawachała się. Co, jeśli ona też coś ukrywała? Nie, to mało prawdopodobne. Zawsze była otwarta i mówiła o wszystkim. Chociaż, po namyśle, Kristin uznał, że sam też się tak zachowywał. Dla zamaskowania. Bo kto by taką osobę podejrzewał?
  - Ja tylko... Nieważne - nie patrzyła na niego.
  - Ważne - naciskał Kristin.
  Raylïe westchnęła. Chłopak przyglądał jej się ze zdziwieniem. Gdzie była ta wiecznie roześmiana, pomysłowa i optymistyczna dziewczyna?
  - Kocham się w Harry'm - wyszeptała.
☆★☆
Draco spotkał Pottera przy wrotach zamku.
  - Czego chcesz? - warknął.
  - Z tego co wiem, to tego samego to ty - odparł Potter.
  Draco nienawidził Gryfona już wcześniej, a teraz, gdy tamten przyjaźnił się z Agnes... Nienawidził go jeszcze bardziej.
  - Zostaw ją - warknął.
  - A co ty masz do tego? - prychnął Potter.
  - Przyjaźnie się z nią! - wykrzyknął Draco.
  - I co z tego? Może się przyjaźnić też ze mną.
  - Możesz sobie wziąć tą szlamę Granger, jeśli ci się podoba, o ile komuś w ogóle może. Albo tą małą Weasley. Ucieszy się. Nawet Jerks masz do wyboru.
  Potter wzruszył ramionami.
  - Ale ja wolę Agnes, i tobie nic do tego.
  Draco miał właśnie odpowiedzieć, gdy usłyszeli krzyk dobiegający z błoni. Obydwaj natychmiast odwrócili się w tamtym kierunku.
  - Coo...? - wyjąkał Draco, a jego wyobraźnia nasuwają mu najstraszniejsze obrazy.
  - To nie brzmiało jak Agnes - powiedział powoli Potter. - Ale lepiej sprawdzić, co się dzieje.
  Draco po raz pierwszy przyznał mu rację.
  Pobiegli razem w kierunku jeziora.
☆★☆
- I dlatego tu przyszłaś?!
  Raylïe pokręciła przecząco głową.
  - Nie tylko - powiedziała cicho. - On się kocha w takiej dziewczynie z Beuxaboutons.
  Kristin pokiwał głową.
  - Tej Agnes Robertson? - upewnił się. - Tak, pewnie, tak. Ale co to ma do... - Kristin nagle urwał. - Och. Och.
  Raylïe odwróciła się do okna. Nie wiedziała, dlaczego mu to powiedziała. Przez dwa lata nikomu nie mówiła. Nawet Hermionie. A teraz powiedziała Kristinowi Sorey'owi, którego nawet dobrze nie znała. Dlaczego?
  - A co ty tu robisz? - ponowiła pytanie.
  Kristin najwyraźniej nie lubił tego pytania. Naburmuszył się i mruknął:
  - Nie twoja sprawa.
  Ray zamrugała zaskoczona. Kristin zawsze był zabawny i wesoły, a teraz... Co się zmieniło?
  - Słyszałaś, że za tydzień w weekend idziemy do Hogsmeade? - spytał ją chłopak.
  To pytanie ją zaskoczyło. Mógłby się o to zapytać Seamus, Herm mówiła, że był w Ray zabujany. Dziewczyna chciała, by zadał je Harry. Ale Kristin?
  Za dużo tychcesz pytań.
  - Słyszałam.
  Kristin zawachał się.
  - Skoro nie idziesz z Harry'm... - chłopak przyglądał jej się w zamyśleniu. - To chyba możemy pójść razem.
  Raylïe wpatrywała się w niego. Czy on ją właśnie zaprosił... Nie, to niemożliwe. Chociaż jednocześnie... Czemu nie?
  - Chcesz? - spytał Kristin.
  Ray nie potrafiła nic z siebie wydusić. Zamiast tego pokiwała po prostu głową.
 
☆★☆
Powoli, Bellatrix Lestrage odwróciła się do Agnes. Powoli, śmierciożerczyni uśmiechnęła się. Powoli, kobieta wymierzyła w dziewczynę różdżkę.
  - Było nie krzyczeć - wysyczała. - Może pożyłabyś trochę dłużej.
  Agnes nie potrafiła się ruszyć z przerażenia. W myślach zaczęła sporządzać rachunek. Złe rzeczy: zaczarowała ulubioną sukienkę Fleur na okropny, żółto-zielony kolor tuż przed pierwszą randką kuzynki. Oblała Sylvię jakąś dziwną, lepką substancją, którą znalazła w gabinecie ojca. Później okazało się, że to była gorąca żywica...
  - Niestety, teraz, jak usłyszałaś naszą pogawędkię, będę musiała cię zabić - powiedziała Lestrage. - Podobno nawet tak bardzo nie boli. A teraz... - wymierzyła różdżkę w Agnes. - Avada...!
  - PROTEGO!
  Ochronna tarcza pojawiła się między Lestrage a Agnes. Tą pierwszą spojrzała ponad głową dziewczyny i syknęła z frustacją.
  - Chłopiec, Który Przeżył - prychnęła. - Widzę, że jednak woli zrezygnować z tego tytułu i umrzeć - to ostatnie słowo wysyczała.
  - Nie zamierzam umierać - powiedział Harry, stając obok Agnes i przesuwając ją z siebie. - Za to ty najwyraźniej tak.
  Lestrage prychnęła.
  - Chcesz się ze mną zmierzyć? - spytała. - Śmierciożerczyni przeciwko trzecioklasiście?
  - Wysłałem kogoś po Dumbledore'a - oznajmił Harry.
  Lestrage wydęła usta.
  - Nie przyjdzie wystarczająco wcześnie - wysyczała. - CRUCIO!
  Harry popchnął Agnes na ziemię.
  -  PROPULSATIO!*
  Agnes nie znała takiego zaklęcia, ale najwyraźniej zadziałało. Światło z różdżki Lestrage odbiło się od srebrnej bariery otaczającej uczniów.
  Oczy śmierciożerczyni zwęziły się w szparki.
  - A to zaklęcie to skąd znasz? - spytała. - Ostatnio słyszałam je dwanaście lat temu. Chociaż ich twórcom wiele dobrego to nie zrobiło...
  Agnes nie wiedziała, o czym ona mówi, ale Harry zdawał się rozumieć. Trząsł się ze złości.
  - Ciekawi mnie tylko, kto ci je powiedział - zastanowiła się Lestrage, przechylając głowę. - Może... Słyszałam, że Lupin zaczął tu uczyć. Mam tylko nadzieję, że przyjdzie. Jego też chętnie ukaram. Tak za ich wszystkich - Pottera, Pettigrewa, Lupina i mojego idiotycznego kuzyna.
  - O czym ona mówi? - spytała cicho Agnes. Z ostatniej wypowiedzi Lestrage nie rozumiała nic.
  - Później ci wyjaśnię - odparł szeptem Harry.
  - Masz zamiar tak czekać? - spytała Lestrage. - Twoje zaklęcie niedługo przestanie działać.
  Harry najprawdopodobniej wiedział o tym bardzo dobrze. Mruczał coś do siebie, zastanawiając się, jakie zaklęcie rzucić następne.
  Od tego wybawił go Draco. Pojawił się za nimi wraz z Dumbledore'm.
  Oczy Lestrage zwęziły się. Zniknęła, nim dyrektor Hogwartu mógł cokolwiek.
-----
Propulsatio - (z łaciny - obrona) zaklęcie chroniące przed wszystkimi możliwymi zaklęciami, o wiele silniejsze niż Protego (mojego autorstwa)

wtorek, 17 marca 2015

12. Znajomości

Agnes usiadła przy stole Gryfonów obok czarnowłosego chłopaka w okularach, który dopiero co przyszedł na kolację. Po jego drugiej stronie siedział wysoki rudzielec.
  - Jesteś z Beuxaboutons? - spytał ten ostatni.
  - A skąd miałabym być? - prychnęła Agnes.
  - No, może rzeczywiście głupie pytanie - zreflektował się rudzielec.
  - Może? - zdziwił się jego kolega, a następnie odwrócił się do dziewczyny. - Jesteś Angielką, prawda?
  Agnes przytaknęła.
  - Tak, ale moja mama pochodzi z Francji i chciała, żebym uczyła się we francuskiej szkole.
  - Och.
  Zapadło chwilowe milczenie.
  - Jestem Ron Weasley, a ty? - przedstawił się rudzielec.
  - Agnes Robertson.
  - Nie słuchałeś, jak McGongall czytała? - zdziwił się czarnowłosy chłopak. - Harry Potter.
  Agnes wytrzeszczyła na niego oczy.
  - No, nie żartuj - powiedziała.
  - Kto ma nie żartować? - spytał inny chłopak, starszy, siadając obok. - George Weasley.
  - Gdzie Fred? - spytał Ron.
  - Podkłada Łajnobomby pod tą ścianę, gdzie jest wejście do Pokoju Wspólnego Ślizgonów - wyjaśnił George.
  Harry Potter pokręcił z niedowierzaniem głową.
  - I po co Dumbledore mianował go prefektem? - zapytał sam siebie.
  Agnes zatkało.
  - To chyba jednak dobrze, że mama mnie tu nie wysłała - zdecydowała. - Skoro prefekci tak rozrabiają...
  - To wyjątek - zapewnił ją Harry. - To po prostu Fred i George Weasley'owie. Zdobyli pierwsze miejsce w Konkursie na Zbieracza Największej Ilości Szlabanów w Tym Dwudziestoleciu.
  - Harry, ty też przed chwilą wróciłeś ze szlabanu - zauważył Ron.
  - Jakiego szlabanu? - zdziwiła się Agnes. Harry Potter ze szlabanem? Ten chłopiec był dla niej zawsze tylko baśnią, opowiadaną na dobranoc małym czarodziejom. Teraz siedziała przy stole Gryfonów w Hogwarcie, obok tej baśni, słuchając o szlabanach Harry'ego Pottera. To go czyniło bardziej ludzkim.
  - Zaczarowałem Tiarę Przydziału - Harry wzruszył ramionami. - Opłacało się.
  - To mi przypomina, dlaczego tutaj przeszedłem - powiedział George. - Harry, jak tam twój trzeci w życiu szlaban?
  - Sprzątał łazienkę Jęczącej Marty - oznajmił Ron.
  - Nie żartuj! - wykrzyknął jego starszy brat. - McGongall musiała być naprawdę wściekła!
  - I była - potwierdził Harry. - Ale sam szlaban nie był taki zły, Jęcząca Marta mi pomogła.
  - Że co?!
  - Jest w nim zakochana - prychnął Ron.
  Agnes poczuła jakieś dziwne uczucie. Coś jakby zazdrość, ale o co? To było bez sensu.
  W tym momencie drzwi Wielkiej Sali otworzyły się z trzaskiem, a do środka wpadł niski mężczyzna w podeszłym wieku. Wszystkie oczy zwróciły się na niego.
  - Profesor Flitwick, nauczyciel Zaklęć i Uroków - szepnął Agnes do ucha Harry.
  Nauczyciel podbiegł do profesora Dumbledore i wydyszał kilka słów, dobrze słyszalnych pośród ciszy Wielkiej Sali.
  - Na błoniach... Martwy mugol... Słyszałem Zaklęcie Uśmiercające...
  Wszyscy uczniowie zaczęli się przekrzykiwać:
  - Kto to zrobił?!
  - Gdzie?!
  - To zrobił Black!
  - Nieprawda, bo Lestrage!
  Ron i George Weasley'owie, a także inny rudzielec, niczym nie różniący się od George'a, zaczęli się kłócić, który ze zbiegłych śmierciożerców to zrobił. Tylko Harry był cicho.
  - Co się stało?! - spytała go głośno Agnes, by mógł ją usłyszeć w tym hałasie.
  - Słyszałaś o ucieczkach z Azkabanu, prawda?! - odkrzyknął. - Chyba tylko Lestrage albo... albo Black mogliby to zrobić!
  - A dementorzy?!
  Chłopak zmarszczył brwi, ale po chwili jego twarz się rozjaśniła.
  - Wymiana uczniowska Hogwart - Beuxaboutons! - wykrzyknął.
  - A co to ma do rzeczy?!
  - Weszła, gdy wyjeżdżały samochody z uczniami z Hogwartu!
  Harry pobladł.
  - Weszła?! Myślisz, że to Lestrage?! - spytała Agnes.
  - No a kto inny?!
  - Ale po co?!
  Chłopak otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale przerwał mu Dumbledore:
  - CISZA!!!
  Zapadła cisza.
  - Prefekci, zaprowadźcie uczniów do dormitoriów. Goście z Beuxaboutons zajmą miejsca nieobecnych uczniów.
  Wszyscy wstali. Rudzielec, najprawdopodobniej brat Rona i George'a, zaczął wrzeszczeć: 'Gryffindor!' i wyprowadzać uczniów z Wielkiej Sali.
  - To Fred Weasley - wyjaśnił Agnes Harry. - Brat bliźniak George'a.
  Poszli za rudzielcem przez korytarze Hogwartu. Agnes rozglądała się wokół z zachwytem. Obrazu na ścianach ruszały się i pozdrawiały przechodzących uczniów, a nawet jednego nauczyciela. Schody poruszały się i zmieniały kierunek. Zamek był jeszcze piękniejszy niż Akademia Beuxaboutons!
  - Uważaj - ostrzegł ją Harry.
  - Na co? - spytała Agnes.
  Po chwili utknęła z jedną nogą w stopniu - pułapce.
  - Na to - wyjaśnił Harry, wyciągając ją z tamtąd i uciszając chichoczącego Rona.
  Agnes podziękowała mu i poszli dalej.
☆★☆
Ginny co chwila oglądała się za siebie, na Harry'ego. Był taaki przystojny, i mądry, i odważny... No ale była tamta dziewczyna z Beuxaboutons.
  Ginny patrzyła, jak Harry pomaga jej wyjść ze stopnia - pułapki i wyobrażała sobie, że to ona jest na miejscu tamtej dziewczyny - że to ją Harry obejmuje, i to jej pomaga, i to dla niej ucisza Rona. Nie była pewna, czy Potter coś czuje do tamtej dziewczyny, ale samo to, że tak się dogadywali, mimo że dopiero co się spotkali, wystarczyło, by zazdrościć dziewczynie. A najgorsze było to, że tamta chyba go lubiła.
☆★☆
Fred obiecał, że przyjdzie do dormitorium Harry'ego i Rona, gdy tylko się czegoś dowie. Pojawił się po dwóch godzinach, gdy Gryfoni zaczęli zastanawiać się, czy coś mu się stało.
  - Kazali prefektom przeszukać całe błonia - wyjaśnił, siadając na łóżku Harry'ego. - Dumbledore powiedział, że nagrodzi i zwolni ze wszystkich przyszłych szlabanów tego, kto wymyśli, jak Black lub Lestrage się dostali do Hogwartu.
  - Hogwart - Beuxaboutons - powiedział Harry, wzruszając ramionami.
  Ron i Fred spojrzeli na niego.
  - Weszła... Weszli, gdy wyjeżdżały samochody z uczniami z Hogwartu - wyjaśnił.
  Fred uśmiechnął się szeroko.
  - Dzięki Harry, jesteś geniuszem!
  Po czym wybiegł z pokoju.
  Harry i Ron spojrzeli po sobie, a następnie wzruszyli ramionami.
  Fred przyszedł kwadrans później.
  - Dumbledore zapytał, kto to wymyślił - mruknął. - I zwolnił Harry'ego że wszystkich szlabanów, teraźniejszych i przyszłych.
  Po tych słowach poszedł do swojego dormitorium z ponurą miną.
☆★☆
Akademia Magii Beuxaboutons znajdowała się w pięknym pałacu przypominającym trochę dom księżniczki z bajki.
  - Beuxaboutons jest piękne - przyznała Sylvia. - Chociaż rzeczywiście wygląda, jakby wyjęte z jakiejś baśni.
  Samochody wylądowały miękko na ziemi. Jechały jeszcze przez chwilę piaszczystą drogą, a następnie wjechały przez ozdobną bramę. Zatrzymały się dopiero przed wejściem do szkoły.
  Z największego samochodu wysiadła wysoka kobieta - Madame Malkin. Za nią wysypali się pozostali uczniowie.
  - Chodź - powiedziała Sylvia, wyciągając Hermionę z pojazdu.
  Madame Malkin zaklaskała w dłonie.
  - Witam wszystkich gości w Akademii Beuxaboutons! - wykrzyknęła po angielsku, lecz z francuskim akcentem. - Mam nadzieję, że wspaniale spędzicie ten czas!
  Kolejne kilka minut upłynęło Hermionie na słuchaniu długiego tłumaczenia dyrektorki o historii Beuxaboutons, jej tradycjach i nauczycielach. Potem podała instrukcje, jak dostać się do pokoi, w których będą spały.
  - Tak! - ucieszyła się Sylvia, gdy Madame Malkin powiedziała, gdzie będzie mieszkać Hermiona. - Będziesz ze mną w pokoju! Chodź, przedstawię cię pozostałym!
  Sylvia pociągnęła Hermionę za sobą do pałacu.
☆★☆
Pokój znajdował się na drugim piętrze, a wchodziło się do niego przez szerokie drzwi.
  - Zapamiętaj hasło - poradziła Sylvia. - Gdy zapomnisz, długo poczekasz, nim wejdziesz - dziewczyna odwróciła się do drzwi. - Herbaciane żyrafy.
  Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Gdy Sylvia i Hermiona weszły do środka, zamknęły się za nimi z cichym trzaskiem.
  Pokój, do którego weszły, był ogromny. Pod jedną ścianą ustawione zostały cztery łóżka, a obok każdego stała mała półka. Po drugiej stronie pokoju znajdowały się dwie duże szafy i trzy kufry. Oprócz tego na ścianach wisiały półki z książkami, szczęśliwie dla Hermiony, nie zapełnione, a także bardzo dużo przeróżnych zdjęć. W rogu stało duże biurko i cztery krzesła. Naprzeciwko wejścia znajdowały się kolejne, tym razem mniejsze drzwi, prowadzące, jak spodziewała się Hermiona, do łazienki.
  Gdy tylko drzwi się zamknęły, dwie dziewczyny leżące dotychczas na łóżkach, natychmiast się podniosły i usiadły.
  - O, dostałyśmy nową z Hogwartu! - wykrzyknęła jedna po francusku.
  - Jak się nazywasz? - spytała druga.
  Hermiona przyjrzała im się uważniej. Pierwsza miała jasne blond włosy, nieco zadarty nosek z kilkoma piegami i rozmarzone, błękitne oczy. Druga była czarnowłosa, z odrobinę przemądrzałą miną i błyszczącymi, szarymi oczami.
  Ciesząc się, że nauczyła się biegle francuskiego, Hermiona odpowiedziała:
  - Je m'apelle Hermione Granger.*
  - Oo, mówi po francusku! - ucieszyła się blondynka.
  - Selene Méchant - przedstawiła się jej koleżanka.
  - Tîa Sagesse - dodała blondynka.
  - Ja już się przedstawiałam - powiedziała Sylvia, siadając na brzegu kolejnego łóżka.
  - W którym domu jesteś w Hogwarcie? - spytała Tîa. - Słyszałam, że są cztery.
  - W Griffindorze - odparła Hermiona. - Tam są odważni. Tiara Przydziału proponowała mi też Ravenclaw, gdzie są mądrzy, ale wołałam Gryffindor.
  - Jak proponowano się dom, gdzie są kujoni, to pewnie do gadasz się dobrze z Tîą - mruknęła Selene. - Jest jedną z tych, co wierzą w dziesięć niemożliwych rzeczy przed śniadaniem i snują całkowicie nierealne plany na przyszłość.
  - To raczej nie w moim stylu - powiedziała cicho Hermiona, ale pozostałe dziewczyny i tak ją usłyszały.
  - To jak inaczej może ci być proponowany Dom Kujonów? - spytała Selene, marszcząc nos.
  Hermiona od razu poczuła, że jej nie lubi.
  - Ravenclaw to wcale nie jest Dom Kujonów - powiedziała urażona. - Ja po prostu dużo się uczę i uwielbiam czytać książki.
  Selene machnęła niedbale ręką.
  - Jeszcze gorzej - mruknęła.
  - Ej, Selene, nawet jeszcze jej nie znasz - zauważyła Tîa.
  - Nie oceniaj po pozorach - poradziła Sylvia. - Hermiona mi się całkiem podoba - następnie brunetka odwróciła się do Gryfonki: - Łazienka jest tam. Łóżko jest jedno wolne po mojej siostrze, możesz je zająć. Jeśli chodzi o bagaże, to przyniosą ci je jutro rano.
☆★☆
Następnego dnia Dumbledore ogłosił:
  - Zeszłej nocy na teren szkoły dostała się Bellatrix Lestrage - po tych słowach rozległy się krzyki uczniów, którzy wygrali zeszłonocne zakłady. - Dowiedzieliśmy się, że przeszła przez bramę, kiedy nasi uczniowie wyjeżdżali do Beuxaboutons. Z tego powodu muszę powiedzieć, że uczniowie nie będą mogli wrócić do swoich szkół, dopóki nie złapiemy Blacka i Lestrage.
  Siedząca obok Harry'ego Agnes westchnęła. Fleur będzie wściekła!
  - Co jest? - spytał Ron.
  - Moja kuzynka chciała tu przyjechać - wyjaśniła Agnes. - Myśli, że specjalnie tu pojechałam, żeby ona nie mogła.
  - Będzie wściekła - zauważył Harry, a Agnes ponuro przytaknęła. - Fajna rodzinka, nie ma co.
☆★☆
- Ej, widzieliście?!
  Lily machnęła różdżką, uruchamiając piekarnik.
  - Chodź, Lily! - zawołał James.
  Westchnęła z rezygnacją i poszła do salonu.
  - Co tym razem? - spytała. - Znowu ktoś narozrabiał?
  - Tak - potknął Syriusz trzymający Proroka Codziennego.
  - Bellatrix Lestrage - dodał James.
  - Kto?!?!?!
  James i Syriusz wymienili spojrzenia, które sprawiły, że Lily zaczęła wątpić w prawdziwość ich słów.
  - Weszła na teren Hogwartu - wyjaśnił Syriusz.
  - A Harry'emu odwołano szlaban i wszystkie przyszłe! - zawołał James.
  - Dlaczego?
  Łapa i Rogacz zaczęli z zapałem opowiadać, co się stało.
  - Jak sądzicie, można się tam dostać w inny sposób? - zastanowił się James.
  - No jasne! - wykrzyknął Syriusz. - Zapomniałeś już?
  Rogacz spojrzał na przyjaciela.
  - Czego?
  Syriusz wywrócił oczami.
  - No, a jak sądzisz? - spytał, pukając Jamesa w czoło. - Tą samą drogą, co można wyjść!
  James rozpromienił się.
  - To kiedy idziemy? - spytał.
  - Nigdzie nie idziecie - przerwała im stanowczo Lily.
  - Ale...! - zaprotestowali.
  - Syriusz, ciebie chcą wsadzić do Azkabanu, a ty, James, powinieneś być martwy! Nie możecie się tak nagle pojawiać w Hogwarcie!
  Lily odwróciła się i wyszła, udając, że nie usłyszała szeptu Syriusza:
  - Idziemy dziś w nocy, gdy będzie spała.
☆★☆
Lekcje następnego dnia zostały odwołane, a uczniowie oprowadzali gości z Beuxaboutons po zamku.
  Draco Malfoy oprowadzał Agnes Robertson.
  Gdy McGongall wyczytała z listy uczniów ich imiona i kazała mu oprowadzić dziewczynę, Draco był w siódmym niebie.
  - Jestem Draco Malfoy - przedstawił się
  - Agnes Robertson - odparła rudowłosa, a następnie przechyliła na bok głowę i przyjrzała mu się. - A ty wcale nie wyglądasz na takiego idiotę, jak opisał cię Harry.
  No, świetnie. Przyjaźniła się z Potterem.
  - Bo nie jestem idiotą - powiedział Draco. - To Potter nim jest.
  Agnes roześmiała się.
  - Ale nie da się zaprzeczyć, że się nie lubicie - uśmiechnęła się. - Pokażesz mi zamek? Jest o wiele ładniejszy niż Beuxaboutons.
  - Pokażę ci moje ulubione miejsce na błoniach - obiecał. - Chodź.
☆★☆
Agnes wpatrywała się w niebo. Leżała na trawie przy jeziorze, a obok niej siedział Draco. Dookoła nich szumiały wierzby i topole, a przeróżne ptaki ćwierkały w ich gałęziach.
  - Ładnie tu, prawda? - spytał ją Draco.
  Agnes spojrzała na niego. Nadal nie potrafiła ustalić, co do niego czuła. Ani do Harry'ego. Obydwu lubiła, ale nie tak, jak Rona, czy Freda i George'a, czy nawet jej przyjaciół z Beuxaboutons. Podobali jej się. Draco, z blond włosami, pięknymi szarymi oczami i arystokratycznymi manierami, no i Harry, z potarganymi, czarnymi włosami, zielonymi oczami i poczuciem humoru. Agnes nie wiedziała, którego lubiła bardziej.
  - Jest pięknie - powiedziała.
  Draco zawachał się. Wyglądał, jakby chciał ją o coś zapytać, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie.
  - Zostaniemy przyjaciółmi? - poprosił.
  Agnes zawachała się, co ją zaskoczyło. Skoro jej się podobał, to chyba powinna chcieć się z nim przyjaźnić! Ale nadal nie mogła się pozbyć myśli o Harry'm. To głupie, pomyślała, przecież nawet ich nie znam.
  - Jasne - zgodziła się.
☆★☆
W tym zamieszaniu nikt nie zobaczył zakapturzonej postaci wymykającej się z zamku. Pobiegła przez błonia i dotarła do Zakazanego Lasu. Zatrzymała się i rozejrzała się wokół. Gdy upewniła się, że nikt jej nie śledzi, weszła do środka i ruszyła w kierunku małej jamy w ziemi. Postać wyciągnęła różdżkę i wyszeptała zaklęcie.
  Jama powiększyła się i po chwili była na tyle duża, by można było do niej wejść. Postać ponownie rozejrzała się dookoła, po czym weszła do środka.
  Szła krętymi korytarzami, aż dotarła do większej sali. Na środku stał duży stół, a wokół niego znajdowały się krzesła. Po prawej stronie od tunelu znajdował się kominek, a naprzeciwko niego, odwrócony tyłem do postaci, zielony fotel.
  - Więc przyszedłeś - powiedział głos.
  Z fotela podniosła się Bellatrix Lestrage.
-----

*Je m'apelle Hermione Granger - (po francusku) Nazywam się Hermiona Granger

sobota, 14 marca 2015

11. Hogwart - Beuxaboutons

Dumbledore zaskoczył wszystkich na śniadaniu.
  - W tym roku nastąpi wymiana międzyszkolna między Hogwartem a Beuxaboutons – oznajmił. – Uczniowie z tamtej szkoły przyjadą do nas pod koniec września. Zostaną przydzieleni do poszczególnych domów przez Tiarę Przydziału i mam nadzieję, – dyrektor mrugnął do Harry’ego, - że tym razem nikt nie wpadnie na pomysł, by ją zaczarować. Z naszej szkoły do Beuxaboutons pojedzie za wybitne wyniki w nauce: Sarah Comprey, Percy Weasley, penelopa Clearwater... – tu nastąpiła długa lista uczniów - ... i Hermiona Granger. Wyczytanych zapraszam do mojego gabinetu.
  - Wspaniale! – wykrzyknęła Hermiona. – Zawsze chciałam tam pojechać! To najstarsza szkoła magii we Francji i w pobliżu znajduje się Muzeum Historii Magii, zawsze chciałam je odwiedzić!
  - Wiesz co, Harry – powiedział Ron, gdy Hermiona się oddaliła – mam nadzieję, że nie przyślą nam nowej Hermiony.

☆★☆

Agnes niepewnie zapukała do drzwi gabinetu Madame Malkin. Dyrektorka przywołała ją do siebie, chociaż nie chciała powiedzieć, dlaczego.
  - Proszę!
  Agnes weszła do środka przez duże, bogato zdobione drzwi i rozejrzała się po wnętrzu gabinetu. Wszystko, biurko, krzesło, półki, a nawet książki, były dwa razy większe niż normalnie. Proporcjonalnie do dyrektorki, oczywiście.
 - Bonjour, panno Robertson – przywitała się Madame Malkin po francusku. – Siadaj.
  Agnes posłysznie wdrapała się na jedno z ogromnych krzeseł.
  - Pewnie się zastanawiasz, dlaczego cię wezwałam – powiedziała dyrektorka, uprzedzając pytanie dziewczyny. – Jak zapewne wiesz, w tym roku odbędzie się wymiana międzyszkolna Beuxaboutons z Hogwartem. Uczniowie z naszej Akademii za wybitne wyniki w nauce wyjadą do angielskiej szkoły. Ty jesteś jedną z nich, panno Robertson.

☆★☆

Gdy Fleur się o tym dowiedziała, była wściekła.
  - Zrobiłaś to specjalnie! -.wykrzyknęła z pretensją. - Specjalnie poszłaś do Madame Malkin, żebym ja nie mogła pojechać!
  - Ja wcale nie... - próbowała zaprotestować Agnes.
  - A właśnie, że tak! Słyszałaś, że chcę tam wyjechać i zgłosiła się, żebym nie mogła! Jesteś okropna! Nie chcę z tobą rozmawiać!
  Po czym wybiegła z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami i zostawiając Agnes jeszcze bardziej ponurą niż wcześniej.

☆★☆

Hermiona była we wspaniałym humorze. Miała wyjechać do Francji,  do Beuxaboutons! Nie mogła się doczekać.
  Zaraz po powrocie do swojego dormitorium zaczęła się pakować. Miała wyjechać jeszcze tego dnia wieczorem, więc musiała się spieszyć.
  Do sypialni weszły Parvati i Lavender. Rzuciły jej jedno krótkie spojrzenie, prychnęły i wyszły.
  Hermiona patrzyła za nimi z zaskoczeniem. Przecież dotychczas były dobrymi koleżankami! Co się nagle stało? Przecież n z pewnością nie obraziły się na nią ot tak!
  Nagle ją to uderzyło. Wyjazd do Beuxaboutons! Pewnie były po prostu zazdrosne.
  Hermiona wróciła do pakowania książek. Nie ma co się przejmować takimi blahostkami!
  Dwadzieścia minut później do środka weszła Raylïe.
  - Pomożesz mi? - poprosiła Hermiona. - Nie mogę zmieścić w walizce 'Historii Magii' i 'Przypadków Robinsona Magika'.
  - Jasne - zgodziła się natychmiast Ray. - Tylko obiecaj, że będziesz do mnie pisała listy przynajmniej raz w tygodniu!
  Hermiona roześmiała się. Ray była taką wspaniałą przyjaciółką!
  - Oczywiście, że będę do ciebie pisać, o ile ty też będziesz mnie informowała, co się będzie działo w Hogwarcie - powiedziała z uśmiechem.
  Ray pożyczyła jej swoją walizkę.
  - Jak się cieszę, że to moja najlepsza przyjaciółka wyjeżdża do Beuxaboutons - westchnęła. - Zrobisz kilka pamiątkowych zdjęć?
  - O ile pożyczysz mi swoją sowę, bo inaczej nie będę mogła wysyłać do ciebie listów - odparła Hermiona.
  Ray podeszła do klatki z puchaczem Klikiem. Hermiona nigdy nie dowiedziała się, dlaczego tak się nazywał.
  - Klik, dzisiaj wyjeżdżasz z tą panią - Raylïe wskazała na Hermionę - do Francji. Cieszysz się? Pamiętaj, że masz się dobrze zachowywać, nie rozrabiać i postępować zgodnie z 'Sowim Podręcznikiem Dobrego Wychowania'. Zrozumiałeś? A jeśli dostanę list, że dziobnęłeś kogoś zbyt mocno lub uczestniczyłeś w walce sów, nigdy już więcej nie wyjedziesz za granicę. Jasne?
  Gryfonki parsknęły śmiechem, gdy Klik z powagą pokiwał głową.
  - Jak ja bez ciebie przetrwam te pół roku? - westchnęła Hermiona.
  - Też nie wiem - powiedziała Ray. - W końcu ja jestem wyjątkowa i we Francji nikogo takiego nie znajdziesz.
  Ich śmiech słychać było pewnie po drugiej stronie Hogwartu.

☆★☆

Harry stawił się przed gabinetem profesor McGongall punktualnie o osiemnastej.
  - Potter, pan Filch pokaże ci, co masz dzisiaj zrobić - powiedziała. - A teraz daj różdżkę.
  Harry wykonał jej polecenie z ponurą miną, a następnie poszedł za szkolnym woźnym. Doszli do damskiej łazienki, w której rok temu Harry, Ron i Hermiona przygotowywali Eliksir Wielosokowy.
  - Wchodź i sprzątaj - polecił Filch, wręczając Gryfonowi szczotkę, wiadro z wodą i płyn do czyszczenia.
  Po tych słowach woźny pokuśtykał do swojego gabinetu.
  Harry głęboko nabrał powietrza i wszedł do łazienki.
  Rozejrzał się uważnie dookoła. Woda wylała się na posadzkę, a ściany były pokryte brudem. Gryfon wzdrygnął się, gdy jego wzrok zatrzymał się na umywalce z wyrzeźbione wężem. Tą drogą zszedł kilka miesięcy temu do Komnaty Tajemnic.
  Gdy Harry zaczął mieć nadzieję, że to, czego szukał gdzieś zniknęło, gdy najbliższy kibel eksplodował.
  - O, przyszedłeś! - zawołała Jęcząca Marta.
  - Yy, Marto... - zaczął Harry, zastanawiając się, jak jej powiedzieć, że właśnie dodała kilka dni do jego szlabanu.
  - To wspaniale, że wróciłeś! - kontynuowała zjawa, nie słysząc Gryfona. - Już myślałam, że o mnie zapomniałeś! Trochę szkoda, że twoi przyjaciele nie przyszli, ale to może nawet dobrze. Bo ty jesteś o wiele lepszym towarzyszem niż tamci.
  - Marto, mam teraz szlaban - przerwał jej Harry. - Jeśli mogłabyś pomóc...
  - Oczywiście! -  ucieszyła się Jęcząca Marta. - Dla ciebie zrobię wszystko!
  - Yyy... To dobrze. Chyba. No bo widzisz, muszę tu posprzątać.
  - Musiałeś bardzo narozrabiał - zauważyła. - Ostatnio było tu sprzątane dwadzieścia kilka lat temu, gdy twój tata i jego paczka wrzucili kilku Ślizgonów do jeziora. Profesor McGongall była wściekła, bo prawie ich pożarła Della...
  - Della...?
  - To ta wielka kałamarnica z jeziora. Przyjaźnimy się.
  - Aha..
  - I bardzo chętnie ci pomogę!
  Jęcząca Marta wzięła od Harry'ego szczotkę i zaczęła szorawać podłogę.
  Gryfon uznał, że może ten szlaban wcale nie jest taki okropny, jak się obawiał.

☆★☆

Uczniowie z Beuxaboutons przyjechali późnym wieczorem wraz dyrektorką tamtej szkoły, Madame Malkin, która wzrostem dorównywała Hagridowi. Następnie kobieta Zostawiła swoich uczniów pod opieką Dumbledore'a i odjechała wraz z uczniami z Hogwartu, mającymi spędzić kolejny rok w Beuxaboutons.
  Uczniowie pozostający w Hogwarcie ruszyli w kierunku Wielkiej Sali. Zastawa na kolacji była złota, na cześć gości z Francji.
  Profesor McGongall postawiła Tiarę Przydziału na stołku.
  - Tiara wskaże dom, w którym spędzicie najbliższe pół roku - wytłumaczyła uczniom z Beuxaboutons.
  Wyjaśniła, w jaki sposób odbywa się sortowanie, po czym zaczęła wyczytywać nazwiska:
  - Beau*, Pauline!
  Piękna, czarnowłosa dziewczyna usiadła na stołku, a McGongall nałożyła Tiarę na jej głowę.
  - HUFFLEPUFF!
  Rozległy się oklaski.
  Po jakimś czasie McGongall wyczytała inne imię:
  - Robertson, Agnes!
  Z coraz mniejszej grupki zagranicznych uczniów wystąpiła piękna, rudowłosa dziewczyna, może trzynastoletnia.
  - GRYFFINDOR! - wykrzyknęła Tiara, gdy tylko dotknęła głowy dziewczyny.
  Agnes Robertson wstała i, z akompaniamentem oklasków, usiadła przy stole Gryfonów, obok Harry'ego Pottera, który dopiero co wrócił ze szlabanu.
  - Sagesse**, Clement!
  - RAVENCLAW!
  Draco Malfoy już nie słuchał. Wpatrywał się w rudowłosą dziewczynę rozmawiającą wesoło z Potterem i żałował, że Tiara nie umieściła jej w Slytherinie.

☆★☆

Hermiona rozglądała się niepewnie po latającym samochodzie. Ministerstwo Magii pożyczyło im kilka, by uczniowie z obydwu szkół mogli szybko i bezpiecznie trafić do drugiej szkoły.
  W samochodzie Gryfonki, oprócz kierowcy z Ministerstwa, była również Padma Patil z Ravenclawu, siostra Parvati, która była tak samo obrażona na Hermionę jak jej bliźniaczka, Blaise Zabini ze Slytherinu, od którego dziewczyna trzymała się z daleka, co mu najwyraźniej odpowiadało, Percy Weasley, który zdawał się być bardzo śpiący, tak bardzo, że Zabini udało raz nazwać ją szlamą, a Percy nie zareagował, i nieznajoma brunetka z Beuxaboutons. Hermiona, z braku innego zajęcia, zagadnęła do tej ostatniej.
  - Nazywam się Sylvia Robertson - przedstawiła się dziewczyna. - Moja siostra pojechała do Hogwartu, a ja postanowiłam skorzystać z okazji i go zobaczyć. No bo widzisz - wyjaśniła - jestem Angielką i miałam pójść do Hogwartu, ale moja mama, Francuzka, uparła się przy Beuxaboutons.
  - Kim są twoi rodzice? - spytała zaciekawioną Hermiona.
  - Tata jest czarodziejem, ale mama mugolem. Tata jest graczem quidditcha, może słyszałaś, jest dość znany.
  Gryfonka pokręciła przecząco głową.
  - Nie interesuje się quidditchem - powiedziała.
  Sylvia odetchnęła z ulgą.
  - Moja siostra, Agnes, go uwielbia - wyjaśniła. - To jest czasami nudne, jak o nim opowiada.
  Hermiona pokiwała ze zrozumieniem głową.
  - Też mam kolegów, którzy się nim pasjonują.
  Dziewczyny rozmawiały tak jeszcze przez pewien czas. Były tak pochłonięte, że nie zauważyły, gdy dojechali do Beuxaboutons.

☆★☆

Bellatrix Lestrage zatrzymała się przed szybą w wirtynie sklepu. Widziała w niej swoje odbicie.
  Przyjrzała się sobie uważnie. Zafarbowane zaklęciem włosy wyglądały okropnie, przynajmniej według niej, jako że przybrały kolor wściekłego różu. Przynajmniej nikt jej nie rozpozna. A to ważne.
  Zatrzymała taksówkę i weszła do środka. Nienawidziła mugolskiego transportu. Deportowałaby się, gdyby nie to, że w ten sposób nie dostałaby się do Hogwartu, co najwyżej do pełnego dementorów Hogsmeade.
  - Hogwart - powiedziała z wyższością do taksówkarza.
  Mężczyzna odwrócił się do niej.
  - Gdzie? - spytał zaskoczony.
  - To jest... Och, spadaj, ty tępaku! - bycie miłym nigdy jej nie wychodziło. A mugole byli tacy ograniczeni. - Imperio!
  Taksówkarz posłusznie odwrócił się do kierownicy i ruszył w kierunku Hogwartu, łamiąc ograniczenia prędkości o dobre kilkadziesiąt kilometrów.
  Podróż trwała zaledwie trzy godziny. Bellatrix ponownie rzuciła na kierowcę zaklęcie i rozkazała mu przejechać przez bramę. Na szczęście wybrała dobrą porę. W tym samym czasie z Hogwartu wyjeżdżał ciąg innych samochodów, wię jedna londyńska taksówka nie przyciągała tak wielkiej uwagi.
  Bellatrix rozkazała taksówkarzowi się zatrzymać i zaczęła się zastanawiać, co z nim zrobić. Był użyteczny, o ile nie trafiły do Dumbledore'a. Chociaż i tak niedługo się dowiedzą, że tu jest. Więc co to za problem - zostawić go tutaj? Chociaż lepiej nie, uznano by ją za głupią. Było lepsze rozwiązanie.
  - Avada Kedavra! - krzyknęła.
  Ukryła się, nim przybiegli pierwsi nauczyciele.

-----
* Beau z fr.: piękna
** Sagesse z fr.: mądrość

czwartek, 5 marca 2015

10. Wspaniałości profesora Lupina: część 2.

Lily obudził straszny hałas. Otworzyła oczy i sennie zaczęła się zastanawiać się, co się stało. Może znowu Voldemort, albo...
  Kolejny huk przywrócił ją do rzeczywistości. Usiadła na łóżku. Znowu grają w domowego quidditcha. Szybko się ubrała i pobiegła do salonu.
  Prawie uderzył ją tłuczek.
  - SYRIUSZ! - wrzasnęła.
  Syriusz i James latali po pokoju na miotłach. Łapa z pałką uderzał w tłuczek, próbując zrzucić swojego przyjaciela z miotły, a Rogacz szukał złotego znicza w zakamarkach pokoju.
  Gdy zobaczyli Lily, natychmiast wylądowali na podłodze.
  - Co wy robicie?! - spytała ze złością.
  - Gramy w domowego quidditcha - wyjaśnił James, a następnie zwrócił się do Syriusza. - Mówiłem ci, żebyś nie walił tłuczkiem w porcelanę, bo obudzisz Lily.
  - Teraz już chyba mogę, tak? - spytał Syriusz. - Bo Lily i tak nie śpi.
  - No właśnie - zauważyła Lily, konfiskując im miotły. - Teraz już nie śpię.
  - Ale... - zaczął James.
  - James, robisz śniadanie, Syriusz, sprzątasz ten bałagan - przerwała mu, a następnie odwróciła się i wyszła.
  Łapa i Rogacz jęknęli, ale zabrali się do pracy. Nie trwało to długo.
  - Hej, Syriusz! - usłyszeli krzyk Jamesa z kuchni.
  Łapa pobiegł w tamtym kierunku, powodując, że wazony, które właśnie ustawiał za pomocą zaklęcia, runęły na podłogę i roztrzaskały się.
  Lily zaklęła pod nosem i poszła za nim.
  James i Syriusz pochylali się nad jakimś listem.
  - Łał, robi postępy - zagwizdał Łapa.
  - No, ale lepiej, żeby Lily tego nie... - w tym momencie Rogacz ją zobaczył. - O cześć, Lily!
  - Też miło mi cię widzieć, James - powiedziała, uśmiechając się słodko. - Kto robi postępy, i w czym?
  Rogacz otwierał usta, by odpowiedzieć, ale Syriusz kopnął go w kostkę.
  - Och, to nic takiego, Lily - powiedział Łapa, szczerząc zęby.
  Znała ten uśmiech.
  - Kto znowu narozrabiał? - spytała Lily i spojrzała na kopertę. - List od Remusa? Niech zgadnę: Harry?
  Syriusz i James wymienili spojrzenia.
  - Yy...
  - Mogę zobaczyć? - spytała, wyrywając Rogaczowi list.
  - Hej! - zaprotestował.
  - Nie czyta się cudzej korespondencji! - zawołał Łapa.
  Zignorowała ich.


James i Syriusz,
dopilnujcie, żeby Lily się nie dorwała do tego listu.


Zaczynało się ciekawie.

Dla bezpieczeństwa Harry'ego wolałbym Was o tym nie informować, bo zdaje mi się, że Lily i tak znajdzie sposób, by ten list przeczytać.

Syriusz spróbował wyrwać jej list, ale ona się uchyliła.

Podczas Ceremoni Przydziału, Tiara zaśpiewała dosyć dziwną piosenkę, której nie będę cytował, ale powiem, że Snape nie był zbyt zadowolony (uczy Eliksirów - nie dziwię się, że Harry nienawidzi tego przedmiotu).

- Lily, nie powinnaś czytać tego listu - przypomniał jej James.
  - Zdążyłam się zorientować - mruknęła Lily.


Jak zapewne się domyślacie, Tiara nie wymyśliła tej piosenki. I właśnie dlatego wolę, żebyście nie pokazywali listu Lily. Harry już dostał za to szlaban, nie wiem dokładnie, jaki, nie pytałem go jeszcze. Tylko błagam: nie przesyłajcie mu gratulacji.
Remus
PS
Lily, jeśli jednak to czytasz: przypominam, że jesteś martwa i wolałbym, żebyś nie pojawiała się nagle w Hogwarcie i nie zabijała Harry'ego, czy też wysyłała mu Wyjca (chyba, że z Zaklęciem Uciszającym, bo nie jestem pewien, czy Harry je zna).
R.


Lily odwróciła się do Jamesa i Syriusza.
  - Syriusz, ja posprzątam salon - powiedziała, ale natychmiast ostudziła radość Łapy. - Znajdź mi gdzieś Wyjca.

☆★☆

- Co się dzieję? - zdziwiła się profesor McGongall. - Czyżby Sybillia Trelawney przestała przepowiadać śmierć na każdej pierwszej lekcji w nowej klasie?
  - Nie przestała - wyjaśnił Harry. - Zobaczyła w moim kubku ponuraka, no ale Ray powiedziała, że ma psa ponuraka o imieniu Gravy... No i profesor Trelawney nie specjalnie wyszło przestraszenie nas.
  - No i Ron musi sobie kupić okulary na swoje wewnętrzne oko... - dodał Dean. - Pomysł Harry'ego...
  - Myślałem, że czaszka w kubku Harry'ego oznacza, że mój szczur przedziurawi mu tiarę... - powiedział Ron. - Z drugiej strony to naprawdę wyglądało jak przedziurawiony kapelusz...
  - Spokojnie, nie tylko tobie nie wychodziło - pocieszył go Seamus. -  W kubku Neville'a widziałem tylko herbatę...
  Parsknęli śmiechem.
  Zwariowana klasa, pomyślała profesor McGongall.

☆★☆

Lekcja Opieki nad Magicznymi Zwierzętami nie była zbyt udana.
  Skończyła się pobytem Malfoy'a w szpitalu, co ucieszyło Gryfonów, ale nie zapowiadało łatwego życia Hagridowi.
  Teraz Harry, Ron, Hermiona i reszta trzecioklasistów z Gryffindoru stali pod salą Obrony przed Czarną Magią i z niecierpliwością oczekiwali nadchodzących zajęć. Neville z  zapałem opowiadał, co zrobił profesor Lupin w pociągu, co jeszcze bardziej wzmogło ciekawość Gryfonów.
  W końcu nauczyciel przyszedł.
  - Schowajcie podręczniki - powiedział. - Nie będą wam potrzebne. Dziś będzie lekcja praktyczna.
  Przez salę przebiegł pomruk. Ich wspomnienia z lekcji praktycznych nie były najlepsze.
  Lupin wyprowadził ich z sali. Szli krętymi korytarzami zamku. Po niedługim czasie zatrzymali się przed obrazem przedstawiającym ludzi na uczcie.
  Lupin odwrócił się do uczniów.
  - Mam nadzieję, że będziecie na tyle mili, by nie wspominać o tym profesor McGongall, ale chciałbym użyć tego przejścia, bo do naszego celu prowadzi długa droga... - powiedział.
  Uczniowie przytaknęli, więc Lupin odwrócił się do obrazu.
  - Co, znowu? - spytał sennie jeden z siedzących przy stole mężczyzn. - Nikt nas nie budził od czasu tych jak-im-tam... Jamesa Pot...
  - Poważnie? - zdziwił się Lupin. - Nikt nie znalazł tego przejścia?
  Oczy mężczyzny zwęziły się.
  - A ty jesteś...?
  - Remus Lupin, Lunatyk, czy jak tam jeszcze mnie zapamiętałeś - nauczyciel machnął niedbale dłonią.
  - A, to ty jeden z tych!
  - Tak, ja to 'jeden z tych' - przytaknął Lupin. - A teraz mnie przepuścisz?
  - Dobra, dobra - ziewnął obraz. - Tylko pytanie, bo muszę jakieś zadać: dwie siostry, jedna rodzi drugą, zabijając siebie, a druga pierwszą, gdy umiera.
  Lupin westchnął.
  - Naprawdę, nie znudziła ci się jeszcze? Dzień i noc.
  Obraz otworzył się.
  Nauczyciel odwrócił się do wpatrujących się w niego z otwartymi ustami uczniów.
  - Zapraszam - powiedział, wskazując im przejście.
  Weszli do środka.
  Harry od razu użył Lumos.
  - Przydatne zaklęcie w ciemnościach - powiedział przez ramię Lupin. - Lumos.
  Koniec jego różdżki zaświecił się.
  Uczniowie wypróbowali zaklęcie i tunel wypełnił się głosami wypowiadającymi zaklęcie lub krzyczącymi z radości, gdy im się udało.
  - Gdzie idziemy? - spytał Dean.
  - Zobaczycie - odparł spokojnie Lupin.
  Harry dogonił go.
  - Panie profesorze...
  - Tak, Harry? - spytał Lupin, odwracając się do niego.
  - Te lekcje okulumencji... Kiedy będę mógł je mieć?
  Nauczyciel przechylił głowę w zamyśleniu.
  - Rozumiem, że dzisiaj po lekcjach masz szlaban... Więc raczej lekcje się nie odbędą. Możesz do mojego gabinetu przyjść zawsze, gdy będziesz chciał. Chociaż... Często choruję - Lupin spojrzał na Harry'ego i Gryfon zapamiętał, by nigdy nie przychodzić do gabinetu nauczyciela Obrony przed Czarną Magią podczas pełni księżyca.
  W tym momencie przejście się skończyło. Wyszli zza identycznego obrazu przed pokojem nauczycielskim.
  - To jest na drugim końcu zamku! - wykrzyknął zaskoczony Seamus.
  Lupin uśmiechnął się.
  - Dlatego ukryte przejścia są przydatne - powiedział. - Krótsze i nie ma tam takich tłumów jak na większości tras.
  - Ale tamten obraz zadaje pytanie, tak? - upewniła się Parvati.
  - Tak, ale zawsze jest to samo. Odpowiedź: dzień i noc, nie zapomnijcie.
  Lupin otworzył drzwi pokoju nauczycielskiego i wpuścił ich do środka.
  Pokój był pusty, nie licząc Snape'a, który skrzywił się, gdy tylko zobaczył uczniów i Lupina.
  - Nie wiem, czy ktoś cię ostrzegł, Lupin, - warknął, - ale w tej klasie znajduje się niejaki Neville Longbottom, a jemu lepiej nie powierzać trudniejszych zadań, bo nie potrafi ich zrobić, jeśli panna Granger nie szepce mu wskazówek do ucha.
  Na poprzedniej lekcji, Eliksirach, Neville'owi nie wychodziło zadanie, a Snape postanowił przetestować jego eliksir na jego ropusze. Nie wiadomo, co mogłoby jej się stać, gdyby Hermiona nie podpowiedziała mu, co zrobić.
  Neville i Hermiona zarumienili się.
  - Chciałem, żeby Neville pomógł mi w pokazaniu zadania - przyznał Lupin. - I sądzę, że świetnie poradzi sobie sam, bez pomocy Hermiony.
  Snape prychnął.
  - Powodzenia.
  I opuścił salę.
  Szafa stojąca na środku pokoju zatrzęsła się.
  - Co jest w środku? - spytał Kristin.
  - Och, nic takiego - Lupin machnął niedbale ręką. - To tylko bogin.
  Neville pobladł, natomiast Raylïe wyglądała na zaciekawioną.
  - Naprawdę? - upewniła się. - Znałam kiedyś jednego...
  - I co? - prychnął Ron. - Oswoiłaś go? I nazwałaś... jak? Scary?
  - Chciałam - Raylïe wzruszyła ramionami. - Ale rodzice bie chcieli go przyjąć... Może dlatego, że przy mnie zmienił się w Sami - Wiecie - Kogo...
  Lupin pokiwał głową.
  - Będę pamiętał, żeby nie wybierać cię do zadania - powiedział. - Kto tam jeszcze może... Harry? Czego najbardziej się boisz?
  Harry zamyślił się. Oczywiście, najpierw pomyślał o Lordzie Voldemorcie w pełni sił... Ale potem przypomniał sobie zakapturzoną postać wpływającą do pociągu...
  - Dementorów - odpowiedział.
  - Ciekawe - powiedział Lupin. - Chociaż ty chyba też nie będziesz miał szansy na wykonanie zadania...
  -  Jak pokonać bogina? - spytał Kristin.
  - A czym jest bogin? - odpowiedział pytaniem na pytanie nauczyciel.
  Ręka Hermiony wystrzeliła w górę.
  - ... Hermiona?
  - Bogin to upiór, przybierający postać, tego, czego najbardziej się boimy - powiedziała jednym tchem Gryfonka.
  - Dokładnie - potwierdził Lupin. - W tej szafie znajduje się bogin, w nieokreślonek jeszcze postaci. Jednak gdy otworzę drzwi, - Neville pokręcił głową, jakby chciał, by nauczyciel nigdy tego nie zrobił, - z szafy wyjdzie to, czego najbardziej się boi stojąca przed nim osoba. I tu do akcji wkracza Neville.
  Neville pobladł jeszcze bardziej. Podświadomie, Harry pomyślał, że jeszcze trochę i Neville nie będzie mógł już bardziej blednąć.
  - Neville, czego najbardziej się boisz? - spytał Lupin.
  Chłopiec wymamrotał coś, ale nikt tego nie usłyszał. Następnie odchrząknął, rozejrzał się po klasie w poszukiwaniu pomocy i powiedział, już nieco głośniej:
  - Profesor Snape.
  Klasa parsknęła śmiechem.
  Neville, zarumieniony, spojrzał na profesora Lupina, który jako jedyny się nie uśmiechał.
  - Mieszkasz ze swoją babcią, Neville? - upewnił się.
  - Tak - wymamrotał chłopiec. - Ale nie chciałbym by bogin się w nią zamienił.
  - Nie, źle mnie zrozumiałeś - powiedział Lupin, w końcu się uśmiechając. - Tym, co pokonuje bogina jest śmiech. A więc Neville... W co ubiera się twoja babcia?
  - Noo... Zawsze nosi taki kapelusz z borsuka... i zielony płaszcz... i czerwoną torebkę...
  - A możesz wyobrazić sobie jej ubrania?
  - No, tak...
  - Więc skoncentruj się na tych ubraniach, machnij różdżką i powiedz 'Riddikulus!' - poradził profesor Lupin. - Spróbuj.
  - Rid... Riddikulus!
  - Idealnie. Efekt... Efekt zobaczycie sami. Gdy Neville poradzi sobie z boginem, powiem imię kolejnej osoby, która wyjdzie na środek i się zmierzy z upiorem. Teraz otworzę szafę. Uważajcie.
  Profesor Lupin podszedł do szafy i otworzył ją.
  Ze środka wyszedł profesor Snape. Podszedł do bladego Neville’a.
  - Rid... Rid... – zająkał się Neville. – Riddikulus! Riddikulus!
  HUK!
  Profesor Snape miał na sobie długi, zielony płaszcz, na głowie kapelusz z borsuka, a w ręce czerwoną torebkę.
  Gryfoni ryknąli niepochamowanym śmiechem.
  - Bardzo dobrze, Neville – pochwalił chłopca profesor Lupin. – Parvati!
  Parvati Patil wystąpiła do przodu.
  HUK!
  Snape zmienił się w mumię. Parvati machnęła różdżką i wykrzyknęła:
  - Riddikulus!
  Bandaże mumii się odwinęły. Bogin upadł na twarz. Klasa ponownie wybuchnęła śmiechem.
  Jeszcze kilka innych osób zmierzyło się z boginem. Gdy godzinę później klasa opuściła salę, wszyscy rozmawiali o tym, jak wspaniałym nauczycielem jest Lupin.

☆★☆

Agnes Robertson nienawidziła swojej kuzynki.
  - ... i, Agnes, słyszałaś, że odbędzie się wymiana uczniowska z Hogwartem, no wiesz, taką szkołą w Anglii...
  - Tak, wiem, Fleur! – wykrzyknęła zirytowana Agnes. – Przecież nie jestem na tyle głupia, by nie wiedzieć do jekiej szkoły miałam iść trzy lata temu! A teraz zostaw mnie w spokoju i idź podręczyć innych swoimi opowieściami o tym, jak bardzo chciałabyś tam pojechać i jak przystojni tam są podobno chłopcy!
  Z tymi słowami Agnes pobiegła do swojego dormitorium.

środa, 25 lutego 2015

9. Wróżbiarstwo

- No, nie żartuj - powiedział  Ron następnego dnia rano z ustami wypchanymi kanapką. - Masz wyczyścić łazienkę Jęczącej Marty?
  - Ron, nie mów z pełnymi ustami - zwróciła mu uwagę Hermiona.
  Był słoneczny, wrześniowy poranek. Zamkowe błonia zachęcały uczniów do spacerów, lecz Harry miał coś innego w głowie. Niecierpliwie oczekiwał końca lekcji, kiedy zacznie się uczyć okulumencji, lecz jednocześnie pragnął jak najbardziej odwlec ten wieczór: początek trzeciego w życiu Harry'ego szlabanu. Z perspektywy czyszczenia wszystkich zamkowych toalet, nawet jego zeszłoroczny szlaban, spędzony z Lockhartem, ich poprzednim nauczycielem obrony, który był bardzo sławny i nie przyjmował do wiadomości, że Harry nie chciał taki być, czy też szlaban, który Harry odbył w pierwszej klasie, i który zakończył się spotkaniem Voldemorta w Zakazanym Lesie, te obydwa szlabanu wydawały się Harry'emu dziecinną zabawą w porównaniu do tego, co miało nadejść.
  -  Harry, nie przejmuj się tym szlabanem - próbowała pocieszyć go Hermiona. - Przecież nie może być aż tak źle...
  - Dobrze, że tak mówisz - mruknął Harry. - Bałem się, że będziesz na mnie zła za zaczarowanie Tiary Przydziału.
  - Bo jestem na ciebie zła, - przyznała Gryfonka, - ale...
  Przerwało jej nadejście poczty.
  Kilkaset sów wleciało do Wielkiej Sali. Harry wypatrywał Hedwigi. Jest! Śnieżna sowa zmierzała w jego kierunku. Kątem oka Harry zobaczył, jak Lupin przygląda mu się uważnie.
Harry wziął od Hedwigi list. Sowa zanurzyła dzióbek w misce z płatkami śniadaniowymi, po czym dziobnęła Gryfona w palec i odleciała do sowiarni.
  - Od kogo to? - spytał Ron, wychylając się, by spojrzeć na kopertę. Harry schował ją za plecami. - Masz dziewczynę, czy co? - spytał rudzielec zaskoczony.
  - O, Potter znalazł sobie dziewczynę?! - usłyszeli głos Malfoy'a.
  Ślizgon wyrwał Harry'emu kopertę z ręki.
  - O, ciekawe, co tu napisała! - powiedział, spoglądając na adres.
  - To nie jest od dziewczyny - warknął Harry, sięgając po kopertę, ale Malfoy odsunął się od niego.
  - To od kogo? - spytał Ślizgon. - Kto pisałby do ciebie listy?
  Harry wyciągnął różdżkę. Oczy Malfoy'a śledziły jej koniec.
  - Nie zrobisz tego... - powiedział niepewnie Ślizgon.
  - A skąd wiesz? - spytał Harry. - Szlaban już i tak mam, więc co mnie zatrzymuje? A teraz oddaj list!
  Malfoy powolnym, ostrożnym ruchem wręczył Harry'emu kopertę, a następnie machnął dłonią na towarzyszących mu Goyle'a i Crabbe'a.
  - Chodźcie, chłopaki - powiedział i odszedł od stołu.
  - Harry, Malfoy ma rację - zauważyła Hermiona, gdy Harry usiadł z powrotem przy stole. - Od kogo jest ten list?
  - Nieważne - odparł Gryfon. Kiedyś im powie. Kiedyś, nie teraz. Nie jest jeszcze gotowy. Zresztą i tak uznaliby go za wariata, a dowodów na prawdziwość swoich słów nie ma. - Idę do dormitorium.

☆★☆

Harry otworzył kopertę i wyjął z niej list.

Harry,
troch
ę dużo tego tłumaczenia. Pamiętasz, jak pisaliśmy Ci o Zaklęciu Fidelusa? Tylko Strażnik Tajemnicy mógł powiedzieć Voldemortowi, gdzie ja i James się ukrywaliśmy. Wszyscy myśleli, że naszym Strażnikiem był Syriusz. W ostatniej chwili zmieniliśmy go na Pettigrewa, co zresztą później okazało się być błędem. Nikt o tym nie wiedział, więc gdy Voldemort nas zabił, myśleli, że to Syriusz zdradził, czego oczywiście nie zrobił. Ministerstwo pewnie więc myśli, że po 'zabiciu' nas, będzie chciał zabić i ciebie.
  Harry, może i Syriusz nic Ci nie zrobi, ale to nie zmienia faktu, że nie wolno Ci opuszczać terenu szkoły, nie ważne, czy za pomocą Mapy Huncwotów, czy nie. Bellatrix Lestrage naprawdę zrobiła to, o co została posądzona i była ulubioną śmierciożerczynią Voldemorta. I ona na pewno będzie chciała Cię zabić.

Miłego dnia
Lily

Harry jęknął.
  - Mamo, jesteś zupełnie jak Hermiona - mruknął. - Nie wolno ci opuszczać terenów szkoły...
  Drzwi dormitorium otwarły się i Harry zamilkł, chowając list na dno swojego kufra. Ron zobaczył to, ale nie spytał, od kogo go dostał, nie naciskał. Harry był mu za to wdzięczny.
  - Harry, lepiej już chodźmy, Wróżbiarstwo zaczyna się za dwadzieścia minut - powiedział Ron.
  - To mamy jeszcze dużo czasu - zauważył Harry.
  - A wiesz, gdzie są zajęcia? - spytał Ron. - Północna Wieża. Na szczycie.
  - To zmienia postać rzeczy - zgodził się Harry i wziął swoją torbę z książkami. Po namyśle zanurkował dłonią do kufra i wyciągnął z tamtąd Mapę Huncwotów.
  - Co to jest? - spytał zaintrygowany Ron.
  - Pokażę ci później - odparł Harry. - Nie chcę, żeby wszyscy o tym wiedzieli.
  - Ale co to...?
  - Może nam pomóc szybciej dostać się na lekcję - wyjaśnił Harry, a następnie upewnił się, że nikt nie podsłuchuję: - Uroczyście przysięgam, że nie planuję nic dobrego.
  Na pergaminie zaczęły pojawiać się palmy atramentu.
  - Panowie Lunatyk, Glizdon, Łapa i Rogacz prezentują: Mapę Huncwotów - przeczytał Ron. - Łał - wyszeptał, gdy Harry otworzył Mapę. - Lepiej, żeby McGongall się do tego nie dorwała - dodał, oglądając kropkę podpisaną 'Draco Malfoy'.
  Harry też przyjrzał się Mapie.
  - Dobra - powiedział. - Najkrótsza droga do Północnej Wieży prowadzi o tu, a potem tym tajnym przejściem i jeszcze tutaj - pokazał Ronowi palcem wybraną trasę.
  - No to, chodź! - zawołał rudzielec. - Albo nie, najpierw zawołam Hermionę!
  Po czym wybiegł z dormitorium.
  Harry poszedł za nim.
  - No, w końcu, myślałam, że tam zostaniecie na zawsze - oznajmiła Hermiona, czekająca na nich w Pokoju Głównym Gryffindoru.
  - Chodź, Hermiona, Harry ma taką ma... - Harry ostudził entuzjazm Rona, kopiąc go w kostkę.
  - Może nie przy wszystkich, co? - syknął. - Chodźcie.
  Przeszli przez dziurę za portretem, kierując się wybraną przez Harry'ego trasą.

☆★☆

- Musisz to dać profesor McGongall - upierała się Hermiona.
  - Co ty, zwariowałaś? - spytał głośno Ron, tak, że kilku pierwszoroczniaków spojrzało za nimi z zainteresowaniem.
  - Nie, Ron, po prostu myślę, że to niebezpieczne, jeśli...
  - Przestańcie oboje! - Harry miał już dosyć ich kłótni. - Hermiona, nie oddam Mapy profesor McGongall, a ty Ron przestań tak się drzeć, bo zaraz wszyscy się o niej dowiedzą.
  Obydwoje zamilkli.
  Harry odwrócił się w kierunku zbroi, za którą, według Mapy, miało się kryć przejście.
  - Wiesz, jak je otworzyć? - spytał Ron.
  Nim Harry zdążył odpowiedzieć, za ich plecami rozległ się głos:
  - Uderz zbroję różdżką i powiedz: apertus.
  Profesor Lupin uśmiechnął się do Harry'ego i odszedł w kierunku swojej klasy.
  - Skąd on...? - zdziwił się Ron.
  Harry poszedł za radą profesora. Przejście otworzyło się.
  - Chodźcie - powiedział Gryfon, wchodząc do środka.

☆★☆

Tunel był długi i ciemny.
  - Lumos - wyszeptał Harry, a za sobą usłyszał, jak to samo robią jego przyjaciele.
  Szli krętym korytarzem, który zdawał się nie mieć końca. Co chwila gdzieś skręcał i zawracał.
  - Harry? - powiedziała niepewnie Hermiona. Jej głos odbijał się echem po ścianach tunelu. - Jesteś pewny, że to jest bezpieczne?
  Harry odwrócił się. Ron był blady, a idąca za nim Hermiona co chwila zerkała za siebie i rozglądała się wokoło.
  - Tak - odparł Harry. - Jestem pewien.
  Ron spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.
  - Harry, co jeśli to pułapka? - spytał trzesącym się głosem. - Co jeśli stąd nie wyjdziemy?
  - Harry, nie ufam Lupinowi - powiedziała nieco bardziej stanowczo Hermiona. - A skoro on nas tu zaprowadził... Od kogo masz tę mapę?
  - Mów tak dalej, Hermiona, a zaraz okarze się, że profesor Lupin idzie tuż za nami - mruknął Harry. Ufał swoim rodzicom, Syriuszowi i Lupinowi, nie bał się, że coś im się stanie w tym tunelu.
  - Harry, ja mówię poważnie! - wykrzyknęła Hermiona, a echo zwielokrotniło ten dźwięk. - Jak sądzisz, dlaczego Lupin zawsze wyskakuje tam, gdzie się o nim mówi? - dodała ciszej.
  - O wilku mowa, a wilk tuż tuż? - powiedział Ron niepewnie. Harry mógł się założyć, że i on nie ufa Lupinowi.
  - O wilku... - powtórzyła Hermiona. - Harry, on... Profesor Lupin jest wilkołakiem!
  Ron spojrzał na nią z zaskoczeniem.
  - Teraz zwariowałaś - uznał. - Przecież Dumbledore nie zatrudniłby wilkołaka!
  - Pamiętasz, co powiedział?! - spytała go Hermiona. - 'Trudno jest znaleźć pracę'?! Ministerstwo zakazało zatrudniać wilkołaki! I to dla tego słyszy, jak o nim mówimy! Wilkołaki mają wyostrzone zmysły! No i...
  - Hermiono - powiedział cicho Harry, sprawiając, że zamilkła. - Nie przeczę, że masz rację, ale ufam profesorowi Lupinowi i jestem pewien, że nie zrobiłby niczego, co zagrażałoby naszemu bezpieczeństwu. A teraz pospieszcie się, albo spóźnimy się na Wróżbiarstwo.
  - Harry, co masz na myśli? - naciskał Ron. - 'Nie przeczę, że masz rację'? Wiesz, że on jest wilkołakiem i nadal mu ufasz?
  Harry spojrzał na przyjaciół.
  - Powiem wam po lekcjach - obiecał. - Tylko nie uznajcie mnie za wariata.

☆★☆

Do klasy profesor Trelawney, nauczycielki Wróżbiarstwa, doszli punktualnie. Na suficie dostrzegli drewniane drzwiczki z napisem: 'Sybilia Trelawney'.
  - I co teraz? - spytał Ron. - Harry, twoja mapa ma jakąś radę?
  - Już jej ufacie, co? - Harry uniósł brwi.
  - Przecież nic się nam nie stało - zauważył Ron. - Wiesz, jak tam wejść?
  - Żadnego wilkołaczego nauczyciela, by ci pomóc tym razem, co? - mruknęła Hermiona.
  - Herm...
  - Nie tłumacz się, Harry. Nie teraz przynajmniej.
  - Tylko nikomu nie mów...
  Hermiona spojrzała na niego z zaskoczeniem.
  - Nawet o tym nie pomyślałam - przyznała.
  W tym momencie drzwi otworzyły się. Przyjaciele podnieśli głowy, spodziewając się ujrzeć twarz wszystkosłyszącego Lupina, ale zamiast tego ich oczom ukazała się kobieta, podobna do jakiegoś wyrośniętego robaka.
  - Zapraszam - powiedziała śpiewnym głosem i wpuściła ich do środka.
  Harry, Ron i Hermiona spojrzeli po sobie niepewnie.
  - To... - powiedziała Hermiona. - Chyba wchodzimy.
  Weszli po drabinie, która zsunęła się ze schodów i stanęli w wypełnionym różową mgłą pokoju. Zastanawiając się, co to wszystko znaczy, usiedli na miękkich pufach ustawionych w sali.
  Do pokoju wpadła czwórka Gryfonów: Dean Thomas, Seamus Finnigan, Kristin Sorey i Neville Longbottom, który prawie spadł z drabiny.
  - Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie - wyrecytował Kristin, ale spostrzegł, że w sali, oprócz spóźnialskich, znajdują się tylko Harry, Ron i Hermiona. - Gdzie pozostali? I nauczycielka?
  - Nie wiemy - odparła Hermiona. - Profesor Trelawney, jeśli to była ona, zaprosiła nas do środka i zniknęła.
  - A Raylïe, Parvati i Lavender pewnie się jeszcze bardziej spóźnią - dodał Ron.
  Spóźnialscy usiedli obok na pufach.
  - Wiecie, co to znaczy? - spytał Kristin, z obrzydzeniem przypatrując się różowej pufie, na której siedział.
  - Że nauczycielka jest kobietą? - zasugerował Harry.
  - No, ale tak poważnie - powiedział Seamus. - Kto stawia w sali dla obu płci różowe pufy?
  - Profesor Trelawney - odparł Harry.
  Spojrzeli na niego.
  - Masz rację - przyznał Kristin, przysuwając się bliżej. - A teraz chwila prawdy, Harry: czy to naprawdę ty zaczarowałeś Tiarę Przydziału?
  Wszyscy patrzyli na niego wyczekująco. Harry zastanawiał się, co powiedzieć, ale wybawiły go spóźnione dziewczyny.
  - Widzę, że nauczycielka spóźniła się jeszcze bardziej niż my - powiedziała Raylïe, zauważając, że brakuje profesor Trelawney.
  Jednak ledwo to powiedziała, gdy z głębi różowej mgły wydobył się melodyjny głos.
  - Jak dobrze widzieć was wreszcie w rzeczywistym świecie - powiedziała profesor Trelawney wychodząc z mgły.
  Kristin natychmiast zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy powiedział coś niestosownego, i czego nauczycielka nie powinna była usłyszeć.
  - Zajmijcie proszę miejsca - tajemniczy głos profesor Trelawney wypełniał salę. - Nazywam się Sybilia Trelawney i...
  - Naprawdę umie pani przepowiadać przyszłość? - spytała podekscytowana Lavender.
  Profesor Trelawney spojrzała na nią z urazą.
  - Tak...
  - Niech mi pani przepowie! - zawołała Parvati.
  Siedzące obok Raylïe i Hermiona zgodnie wywróciły oczami.
  Nauczycielka zorientowała się, że odpowiadając na zadane pytania zyska szacunek klasy, więc zrobiła tajemniczą minę i zwróciła się do Parvati:
  - Na twoim miejscu wystrzegałabym się rudowłosego mężczyzny.
  Parvati spojrzała nieufnie na Rona i odsunęła się od niego jak najdalej.
  - A ty, moja kochana - tym razem słowa profesor były skierowane do Lavender - to, czego się obawiasz wydarzy się szesnastego lutego. A co do ciebie... - nauczycielka odwróciła się do Kristina - to, co planujesz, powiedzie się, lecz po upływie czasu i z pomocą brunetki.
  Harry nie wiedział, co ona miała na myśli, ale Kristin zdawał się rozumieć.
  - A ty, chłopcze... - nauczycielka odwróciła się do Neville'a - nie byłabym pewna co do stanu zdrowia twojej babci. A ty, panno...
  - Jerks, pani profesor - podpowiedziała spokojnie Rayïle.
  - Panno Jerks, ci, których dażysz uczuciem, odwrócą się od ciebie: zdradzą lub znajdą sobie inną.
  Raylïe spojrzała na nauczycielkę z niepokojem, ale Hermiona pochyliła się nad nią i szepnęła do niej kilka słów, które zdawały się pocieszyć Ray.
  - Dobrze, przejdźmy do tematu lekcji - Trelawney najwyraźniej uznała, że powiedziała wystarczająco dużo, by zaimponować klasie. - Wróżenie z fusów. Chciałabym, abyście wzięli te filiżanki z tej półki, a następnie podeszli do mnie, a ja wam je napełnię. Potem otworzycie swoje podręczniki na stronie piątej i szóstej i postąpicie za przedstawionymi tam wskazówkami. A ty, chłopcze - nauczycielka złapała Neville'a za rękę - gdy pobijesz swoją pierwszą filiżankę, weźmiesz proszę jedną z tych niebieskich? Do różowych jestem raczej przywiązana.
  - Zauważyłem, że lubi różowy - mruknął Kristin, wstając z pufa.
  Nauczycielka zignorowała go.
  Gryfoni podeszli do półki i sięgnęli po filiżanki. Prawie natychmiast dało się słyszeć brzęk: to Neville pobił swoją pierwszą filiżankę.
  - Jedna z niebieskich teraz, mój drogi - powiedziała profesor Trelawney, podchodząc bliżej z miotłą i szufelką.
  Harry i Ron szybko napełnili swoje filiżanki, wypili herbatę i postąpili za radami podręcznika.
  - Dobra... - mruknął Ron, gdy zamienili się filiżankami. - Co widzisz w mojej?
  - Rozmokłe, brązowe fusy - mruknął sennie Harry. - Co mamy następne? Historię Magii? Bo po tych zajęciach to nawet Hermiona zaśnie.
  Ron zerknął na plan lekcji.
  - Niestety, następna lekcja całkowicie cię rozbudzi - jęknął.
  - A jaka to? - spytał Harry.
  - Otwórzcie swoje wewnętrzne oko! - zawołała profesor Trelawney.
  - No właśnie, Harry - oznajmił Ron. - Jest Wróżbiarstwo, otwórz swoje wewnętrzne oko czy coś tam jeszcze i przepowiedz mi moją najbliższą przyszłość.
  Harry spojrzał do kubka. Jakiś kształt, podejrzanie przypominający trolla...
  - Dostaniesz Trolla na Transfiguracji? - zgadł.
  Usta Rona otworzyły się szeroko.
  - Skąd...?
  - A jaka lekcja może bardziej rozbudzić? - Harry wzruszył ramionami. - Zresztą masz Trolla w kubku.
  Ron wyrwał mu filiżankę i zaczął się jej przyglądać pod różnymi kątami.
  - Następna jest Transfiguracja? - jęknął siedzący obok Kristin. - A miałem nadzieję na przyjemny sen z monotonnym głosem pana Binnsa jako kołysankę...
  - Masz owcę w kubku - powiedział Dean. - A to oznacza sen, więc może...
  - Mam nadzieję - mruknął Kristin.
  Nieco dalej Ray i Hermiona się o coś kłóciły.
  - To jest strzała! - upierała się Jerks.
  - Niemożliwe! - odpowiedziała ze złością Hermiona.
  Harry sprawdził w podręczniku, co oznacza strzała. Złamane serce...
  - Dobra, niech ci będzie - poddał się w końcu Ron. - W twoim kubku jest... coś na kształt kapelusz z dziurami, może Parszywek ci pogryzie tiarę? I jeszcze jakieś 'W'... Dostaniesz 'Wybitny'? Lepiej niż ja... A tutaj... jakiś osioł? Może jednak z tym ' Wybitnym' tak łatwo nie będzie...
  - Hej, Ron, musisz sobie zrobić okulary na wewnętrzne oko - powiedział Harry, z trudem nie wybuchając śmiechem.
  Kristin, Dean i Ron nie potrafili się powstrzymać. Ryknęli śmiechem.
  - Co jest? - spytała Rayïle.
  - Ron... musi sobie... kupić... okulary... by poprawić... swój wewnętrzny... wzrok - wydusił Kristin.
  Pozostali Gryfoni również parsknęli śmiechem, jedynie nauczycielka nie wyglądała na rozbawioną.
  - Czyj żart to był? - spytała.
  - Harry'ego... - wydusił Dean. - Au!
  Profesor Trelawney spojrzała na chłopca.
  - Na twoim miejscu nie żartowałabym sobie z takich rzeczy. Pokaż - zarządała, wyrywając Ronowi filiżankę. - Sokół... Masz śmiertelnego nieprzyjaciela...


  - Myślałem, że to ' Wybitny' - mruknął Ron, wywołując kolejną salwę śmiechu.
  - Czaszka... Niebezpieczeństwo na twojej drodze...
  - Myślałem, że to przedziurawiona tiara...
  - Myślałeś, że czaszka oznacza, że twój szczur przegryzie mi tiarę - sprostował Harry.
  - Ron... ty... naprawdę... potrzebujesz... okularów... na swoje... wewnętrzne... oko! - wydusił Seamus, dusząc się ze śmiechu.
  Profesor Trelawney najwyraźniej uznała, że tylko jedno może przywrócić ciszę w klasie. Odwróciła filiżankę i... krzyknęła.
  Zadziałało... Na krótką chwilę.
  - Co się stało?
  - Co pani zobaczyła?
  - Co to znaczy?
  - Co jest w kubku Harry'ego?
  - To jest filiżanka, panno Jerks! - wykrzyknęła Trelawney.
  Zamilkli.
  - To chyba nie może być takie złe, skoro od razu otrząsnęła się z szoku, gdy Raylïe nazwała kubek kubkiem - uznał Kristin.
  Trelawney zamilkła. Może rzeczywiście zareagowała zbyt gwałtownie...
  - Zobaczyłam... - zawiesiła na chwilę głos, tak dla lepszego efektu - ...ponuraka... - wyszeptała.
  - Co? - spytał Harry.
  - Och, to nic takiego - Ray machnęła niedbale ręką. - To po prostu duży, czarny pies nawiedzający cmentarze. Jest uważany za omen śmierci, no ale...
  - Nic specjalnego?! - jęknął Harry. - Omen śmierci i nic specjalnego?!
  Ray ponownie wzruszyła ramionami.
  - Gravy jest słodki - powiedziała.
  - Gravy? - zdziwił się Harry.
  - Och, to tylko mój pies ponurak.
  - Yy... Masz psa, który jest omenem śmierci i nazywa się Gravy?
  - Dokładnie - przytaknęła Ray.
  - To nie może być ponurak! - wykrzyknął Ron. - Gdyby był, dawnk byłabyś już martwa!
  - Taki niemiły chłopiec z podstawówki rzeczywiście umarł, gdy go zobaczył, ale to może to dlatego, że Gravy go ugryzł w dość bolesne miejsce... Współczułam mu nawet...
  Wtedy profesor Trelawney poczuła, że straciła kontrolę nad klasą.
  - Koniec lekcji! - zawołała.